Po raz drugi
i możliwe, że nie ostatni dziś, usłyszałem pukanie do drzwi. To na pewno Marcel
z asystentem. Naprawdę dałbym wiele za to, żeby nie musieć przeprowadzać tej
rozmowy. Odkąd przyszedłem godzinę temu do gabinetu nie zrobiłem niczego, poza
zabraniem sprzed wejścia sterty nowych raportów, donosów i zgłoszeń, wsuniętych
przez służbę szparą pomiędzy drzwiami a podłogą. Trafiły do drewnianej skrzynki
na biurku ze sprawami do załatwienia… w najbliższej przyszłości. Rozsiadłem się
następnie wygodnie na miękkim fotelu i zająłem wnikliwą degustacją zawartości
przemyconej przeze mnie butelki. Tuż przed chwilą, w której obowiązki dały o
sobie znać, bezmyślnie przyglądałem się ściankom kieliszka, które okrywały się
jednolicie szkarłatem, gdy tylko poruszałem dłonią. Wspaniałe beztroskie
chwile.
- Wejść.-
powiedziałem w końcu od niechcenia. Jak się okazało głosem, którego człowiek
stojący w przedpokoju nie usłyszy. Marcel jednak po dłuższej chwili pociągnął
za klamkę. Weszli do gabinetu obydwaj, widać zniecierpliwieni brakiem odzewu.
-
Usiądźcie.- wskazałem im krzesła po drugiej stronie biurka. Odsunąłem kieliszek
na bok. Jorik zlustrował go z
niesmakiem.
Marcel bez
słowa przesunął w moim kierunku plik dokumentów. Wziąłem je do ręki i zacząłem
przeglądać ich zawartość.
„Hubert
Gordon Stański, lat: 32, miejsce urodzenia: nieznane, miejsce zamieszkania:
Miasto Słońca…”- czytałem. Pierwsza strona całkowicie wypełniona była zbędnymi
danymi. Wiodłem wzrokiem po niekształtnych literach by jak najszybciej trafić
na konkretne informacje. Na odwrocie kartki w końcu zauważyłem to czego
potrzebowałem.
„Ciało do
Punktu Głównego zgłosiła starsza kobieta, lat ok. 75, zamieszkała w osadzie
poza murami. Oświadczyła, że widziała upadającego mężczyznę na skrzyżowaniu
ulicy Handlowej i Portowej. Spytana o szczegóły dodała, że ów mężczyzna w
chwili upadku trzymał dłonie zaciśnięte na klatce piersiowej. Zaraz po tym
wydarzeniu z budynku, naprzeciw którego wspomniany mężczyzna upadł, wybiegła
młoda kobieta i zaciągnęła ciało do kamienicy. Z zeznań donoszącej wynikało, że
była to przedstawicielka klasy A, Rajola, właścicielka sklepu z medykamentami i
odczynnikami alchemicznymi na ulicy Handlowej.
We wskazane
miejsce wysłano grupę, zajmującą się transportem zwłok do Punktu Głównego. Na
miejscu kupiec Rajola nie chciała oddać ciała. Zgodnie z prawem tragarze
wezwali służby porządkowe, które odprowadziły ją do aresztu.
Zwłoki
mężczyzny dostarczono w 20min od momentu domniemanego zgonu. Szybkie
rozpoznanie dokonane przez biegłych medyków na podstawie oględzin ciała oraz
zeznań donoszącej, pozwoliło stwierdzić zgon. Za przyczynę uznano niedomaganie
serca.”
„Akurat”,
skomentowałem przeczytaną treść w myślach. Odruchowo sięgnąłem ponownie po nie
do końca opróżniony kieliszek.
„Ciało
mężczyzny dostarczono następnie do piwnic apartamentu inspektora Nijena, gdzie
przekazano je bezpośrednio szafarzowi Marcelowi Dante.”- przeczytałem w
końcowej części raportu, dopisanej innym charakterem pisma. „Zwłoki podczas
przekazywania znajdowały się w stanie ogólnym bardzo dobrym, zdatnym do
wykorzystania. Ciało umieszczono w chłodni zgodnie z procedurą. Od zgonu do
tego momentu minęło według szacunków ok. 50min.”
Przejrzałem
pozostałe strony. Nie było na nich nic poza oświadczeniami m.in. o poprawnym
przebiegu przesłuchania, transportu, procedury stwierdzania zgonu. Odłożyłem
wszystko do drewnianej skrzynki w której znajdowały się inne dokumenty.
Westchnąłem i spojrzałem na Marcela i Jorika. Byłem teraz gotów do konwersacji.
Splotłem dłonie na grubym blacie biurka i zwróciłem się do starca.
- Pamiętasz
Irminę Galenstry?
Marcel widać
nie był przygotowany na takie rozpoczęcie rozmowy. Spojrzał na mnie
nieprzytomnie, jakby nie rozumiejąc pytania. Wiedziałem natomiast, że rozumie
je doskonale. Wspomnianą przeze mnie kobietę z pewnością pamięta również. Nie
zapomni jej nawet w chwilach, gdy starość odbierze mu rozum, a choroba
świadomość.
- Czy
pamiętasz panią Galenstry? - spytałem łagodnie jeszcze raz.
- Tak…tak,
oczywiście, że pamiętam.- szafarz otrząsnął się. Nieobecność widoczną na jego
twarzy zastąpił niepokój.- Ale, z całym szacunkiem, dlaczego…
- Nie zadaję
niewygodnych pytań bez powodu.- przerwałem. Zignorowałem fakt, że starzec
wyraźnie podważa mój autorytet. Stres wynikający z takiej sytuacji, spotęgowany
nieprzyjemnymi wspomnieniami, mógł jednak powodować zachowania nie zawsze
zgodne z czyjąkolwiek wolą.
- Czy
mógłbyś opowiedzieć to co działo się tego dnia, kiedy w izbie przyjęć pojawiła
się Irmina Galenstry?
W trakcie
tej krótkiej wymiany zdań zauważyłem rosnące zaciekawienie w oczach Jorika. Nie
miałem jednak na celu uświadamiać go, jakie niedogodności niesie ze sobą wybrany
przez niego zawód. Chciałem, żeby Marcel
przypomniał sobie wszystkie szczegóły, związane z tamtym wydarzeniem.
Chciałem żeby w jego umyśle powstał żywy obraz tego, co wtedy miało miejsce, co
wtedy czuł, co myślał, czego się nauczył.
Starzec
spojrzał niepewnie na asystenta i na mnie. Poprawił się w krześle i oblizał
spierzchnięte usta. Ponadto wyraził wieloma innymi drobnymi ruchami swoje
niemałe zdenerwowanie. Wyobrażałem sobie co czuje, ale ta rozmowa nie miała być
łatwa dla nikogo z obecnych w gabinecie.
- No to
tak…- tu nastąpiło podciągnięcie się na łokciach w kierunku oparcia krzesła-
wykonywałem swoje obowiązki jak zwykle. To znaczy, jak zwykle wtedy. Pracowałem
u wielmożnego pana 5 lat może dopiero…
Pokiwałem
głową. „Sześć”, poprawiłem go w myślach, ale to nie było akurat istotne.
- Miałem do
kogo wrócić do domu. Swojego. Nie dość, że nie mieszkałem u pana w apartamencie
to nawet nie zostawałem po godzinach. Eh…- westchnął- to były zupełnie inne
czasy, wielmożny panie.
Zamyślił
się. Trwało to tylko chwilę, bo nagle drżącym głosem dodał:
- Ja
naprawdę nie wiem jak mogło do tego wtedy dojść. Wszystko wtedy odbyło się
według procedury. Ja…
- Mów
Marcelu o tym co się wydarzyło. Tylko o tym.- przerwałem mu, widząc, że zbacza
z tematu.
Starzec
wziął głębszy oddech.
- Ona
przyszła wtedy z rana. To znaczy, straż ją przyprowadziła, bo Galenstry nie
chciała puścić dziecka. Niosła je na rękach. Cały czas krzyczała, że go nie
odda, nawet jak umrze, to go nie odda. Krzyczała strasznie i miotała się tak,
że przewróciła jednego z tragarzy, który próbował pomóc. Ogarnęła ją furia. Nie
zwracała nawet uwagi na to, że dziewczynka uderzyła kilka razy mocno o zbroje
czy broń strażników. Podobno nawet nie zabrano jej i jej dziecka do Punktu
Głównego tylko od razu skierowali na przydział. Pech chciał, że do pana było
najbliżej…
- Mhm, mów
dalej.- zachęciłem.
- Jeden z
członków grupy transportowej, która wtedy szła obok strażników, poprosił, żebym
otumanił czymś Galenstry. Było już wcześniej kilka takich sytuacji, ale i tak
byłem zdenerwowany. Jednak nieczęsto przynoszono do mnie dzieci… No ale jak
mnie transporter poprosił o pomoc, to nie pytałem o szczegóły, bo wiedziałem, że
trzeba najpierw uspokoić matkę. Pobiegłem po eter. Zmoczyłem nim szmatkę i
podałem jednemu ze strażników, żeby przyłożył ją mocno do ust i nosa tej
kobiety. Zaczęła się przez moment wyrywać bardziej, ale po chwili osunęła się
na podłogę, a strażnik przejął w tym czasie dziecko z jej rąk. Położył je na
łóżku w izbie przyjęć.
Wtedy
dopiero otrzymałem potrzebne informacje. Okazało się, że towarzyszący grupie
transportowej medyk pobrał szybko próbkę krwi od dziewczynki i pobiegł do
Punktu Głównego żeby wykonać szczegółowe analizy. Kazał mi przekazać żebym
poczekał godzinę na wyniki. Jeśli by go nie było dłużej, zalecił mi wykonywać
obowiązki, bo według niego dziewczynka nie pożyłaby długo. Wielmożny pan wie
przecież co było dalej…- nagle urwał, czekając na moją reakcję. Nie
odpowiedziałem na ten akt desperacji. Poderwałem jedynie wzrok ze swoich
splecionych dłoni i zacząłem przypatrywać mu się również, ale nie z nadzieją a
z wyczekiwaniem.
W gabinecie
zapanowałaby głęboka cisza gdyby nie szelest taftowych zasłon. Jedyne okno w
pomieszczeniu było otwarte- pomimo, że powietrze w Mieście Słońca nie
oszałamiało swą świeżością, to i tak noc nadawała mu przyjemnego aromatu.
To ono
musiało uspokajać Marcela, bo pomimo narastającej niechęci do wspomnień i żalu
rysującego się na jego twarzy, jego zachowanie nie zdradzało już strachu i
niepewności.
- To czego
nauczono mnie w szkole pamiętałem jeszcze wtedy dobrze. A byłem ambitny,
chciałem wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej. Pamiętałem doskonale jak
wygłaszano nam zasady ekonomicznego zarządzania ziemskimi dobrami. Jednocześnie, dla lepszego zrozumienia , przypominano nam o początkach istnienia Nowego Świata.
Wpajano nam korzyści płynące z obecności na tej planecie pańskiej rasy i że
współistnienie klasy A i B na Ziemi wymaga obustronnej wymiany. Przybysze
ułatwią nam rozwój, my za to zapewnimy im przetrwanie. Powszechnie wiadome jest,
że życie na Abyssusie przystosowało was do innych warunków. Dla nas najistotniejsza
była natomiast informacja, że skład soków roślinnych, które stanowiły dla was
główne źródło pożywienia, jest taki sam jak ludzkiej krwi. Pomimo starań
waszych uczonych, sztuczna krew, w dalszym ciągu jest gorsza,
niepełnowartościowa, a prawdziwa stanowi dobro luksusowe. Jako że ciężko jest
ją pozyskać w sposób pokojowy, istotne jest ekonomiczne wykorzystanie dóbr. I tu
zaczyna się rola takich ludzi jak ja. W momencie gdy uzna się, że człowiekowi
krew w dalszym ciągu nie będzie już potrzebna, moim obowiązkiem, jako szafarza,
jest jej pobranie w celu pożytecznego wykorzystania.- tu spojrzał na butelkę,
która stała obok mnie już prawie opróżniona. Westchnął.
- Na każdym
kroku zaznaczano jak ważny w naszej przyszłej pracy jest profesjonalizm. Nawet
dziecko, które ma umrzeć- umrze, ale pod naszym nadzorem. Jedną z reguł,
których nas uczono informuje o tym, że najważniejsze jest pobranie krwi jeszcze
za życia dawcy. Gdy pobrana jest z nieboszczyka, jej obróbka jest bardzo
kosztowna i pracochłonna choć i to wykonuje się w nagłych wypadkach, w myśl
zasad ekonomicznego wykorzystania dóbr. Sytuacji takich należy jednak unikać. A
jak wspomniałem już, byłem wtedy ambitny. Niedawno ukończyłem szkołę… Po
połowie godziny od przyniesienia dziewczynki do izby przyjęć zaczęło jej się
pogarszać. Temperatura jej ciała rosła. Dziewczynka majaczyła, wyglądała jak w
agonii. Powinienem wtedy był poczekać jeszcze dziesięć minut do przybycia
medyka z wnioskami z obserwacji krwi, ale uznałem, że nie mogę zwlekać dłużej. Mój
system wartości nie był wtedy jeszcze do końca ukształtowany. Uznałem, że dużo
gorszym wyjściem byłoby narażanie wielmożnego pana na dodatkowe koszty. Wziąłem
ją na ręce i przeniosłem do wypompowni. Dziewczynka miała sześć lat i całe
życie przed sobą. Gdy wbijałem igły w jej drobne ręce, rozpłakałem się. Tylko
tyle. Działałem jak maszyna. Włączyłem pompy i wyszedłem z sali. Gdy wróciłem
była już biała i zimna. Zaniosłem ją do chłodni. Później usiadłem w izbie
przyjęć na zimnej podłodze obok nieprzytomnej Galenstry. Transporterzy i
strażnicy czekali przed wejściem do pomieszczeń roboczych. Targała mną wtedy
niepewność, ale uważałem, że postąpiłem słusznie. Myślałem tak nawet wtedy, kiedy medyk przybył chwilę później z wynikami i oświadczył, że dziewczynkę
trzeba zabrać na obserwację, bo była to prawdopodobnie jedynie gorączka
podstawowa, wywołana przez wirusy, których istnienie jeszcze wtedy tylko
podejrzewano. Czyli dziewczynka mogła przeżyć, ale ja wyłożyłem wtedy moje
racje medykowi i, co mnie dziwi do tej pory, zrozumiał je i zaakceptował to, że
już za późno. Ja przestałem wierzyć w swoje racje po miesiącu. Kiedy docierało
do mnie, że pozbawiłem życia dziecko tylko dlatego, że uznałem, że powinienem
być dobrym szafarzem- a dla takiego życie jest mniej ważne niż czas i mertele.
- Powiedz
jeszcze co stało się z matką tej dziewczynki.- wylałem resztę zawartości
butelki do kieliszka. Zdawałem sobie sprawę z tego, że to hipokryzja- upijać
się efektami pracy Marcela i słuchać z obrzydzeniem jego wspomnień. Mnie jednak
zmusza do tego wola przeżycia… no i codzienna odpowiedzialność i związany z nią
stres. Wypicie całej butelki bardzo poprawia samopoczucie pomimo, że zakłóca
nieznacznie pracę umysłu… jednak to nic w porównaniu z chwilą wytchnienia.
Starzec nie
stawiał już oporów.
- Gdy medyk
wyszedł, Galenstry nadal spała. Zawołałem tragarzy, żeby odnieśli ją do domu.
Straż odprawiłem. Ja zająłem się wypełnianiem dokumentów i formalnościami
związanymi ze spopieleniem zwłok.
Dwa dni
później dowiedziałem się, że znaleziono ją w mieszkaniu. Podcięła sobie żyły.
Był to dość powszechny przejaw buntu, teraz wiem, że czasami uzasadniony. Nie
było już czego zabierać. Zwłoki spopielono, a żeby przynajmniej chwilowo cyfry
w księgach się zgadzały, wypompowano zdrowego chłopa z osady spoza murów. To
wszystko.
Wzrok
Marcela zobojętniał. Ale ja nie czułem się winny.
- Od tamtej
pory nie dopuściłeś już do takiej sytuacji, prawda? Zawsze dokładnie
sprawdzałeś każdy przypadek, który ci powierzono.
- Tak, wielmożny
panie.
- Więc czemu
tym razem stało się inaczej?
Marcel
otworzył usta jakby z zamiarem odpowiedzi, ale jej nie udzielił.
- No to może
zadam ci inne pytanie. Dlaczego nie chciałeś, żeby Jorik po mnie przyszedł?-
zerknąłem na chłopaka, cały czas wstrząśniętego wspomnieniami Marcela. Starzec
z kolei uniósł głowę zaskoczony, patrząc na mnie już a nie na krawędź biurka.
- Wielmożny
panie, ależ nic nie wskazywało na to, że ten człowiek żyje. Opierałem się na
wnioskach ludzi bardziej biegłych ode mnie, a to oni stwierdzili zgon. Ja sam
nie dopatrzyłem się też żadnych nieprawidłowości w ich rozumowaniu.- przełknął
ślinę tak głośno, że musiał to usłyszeć nawet jego asystent. - Nie pozwoliłem
chłopakowi pana wzywać, bo uznałem, że zmyśla. Sam sprawdzałem tętno i niczego
nie wyczułem. A nie chciałem fatygować wielmożnego pana. Nie było powodu.
Obawa
Marcela przed niepotrzebnym wzywaniem mnie była uzasadniona. Rękawice, które
założyłem i tym razem, były przy moich wizytach potrzebne, bo zwykle chodziło o
ludzi przywiezionych z wypadków. Kiedy ktoś musiał przytrzymywać własne
wnętrzności, nie było sensu podłączać go do aparatury. Wtedy, no cóż… do
wykorzystywania dostępnych surowców musiało dojść bardziej bezpośrednio.
Zdarzyło się
jednak raz, że trafił do Marcela starszy mężczyzna, któremu syn obciął siekierą
pół stopy. Szafarz posłał po mnie, gdyż sam nie do końca potrafił zrozumieć
decyzję Punktu Głównego. Były to początki jego pracy u mnie, lecz już po
wydarzeniach związanych z Irminą Galenstry.
Piłem wtedy
więcej niż teraz i po kilku butelkach stawałem się dość wybuchowy. Asystent
Marcela przerwał mi wtedy pracę nad sprawą a w dodatku problem okazał się być
błahy. Ostatecznie jednemu z ówczesnych pomocników szafarza rozkazałem odwieźć
poszkodowanego do punktu medycznego a samego Marcela siłą podłączyłem na
kilkanaście minut do pompy. Myślę, że to wydarzenie wstrząsnęło nim jeszcze
bardziej niż to co stało się z córką Galenstry, dlatego też rozumiem jego obawy
przed wzywaniem mnie bez powodu.
Jednak
starzec wzbudza moją sympatię i zaufanie. Zaufanie to jest niekiedy zbyt duże.
Praca inspektora wymaga ciągłej nieufności w stosunku do każdego, co jest
męczące. Dlatego ulgę przynosi mi to, że mogę uczynić wyjątek dla tego starego
szafarza, który przepracował ze mną przez tyle lat. Postanowiłem więc, że na
pouczeniu się skończy. Po chwili zamyślenia zwróciłem się do Jorika.
- Myślę, że
Marcel przez jakiś czas poradzi sobie bez asystenta. Popracujesz trochę ze mną.
Zaskoczony
chłopak spojrzał na starca w poszukiwaniu przyzwolenia.
- To nie
było pytanie. Będziesz czekał dziś na mnie o ósmej rano przed zewnętrznym
wejściem do apartamentu. A ty Marcelu- powiedziałem do szafarza, wstając sprzed
biurka- wracaj do pracy. Potraktuj tę rozmowę jako pouczenie. Możecie obydwaj
już iść.
Stojąc przed
biurkiem odprowadziłem ich wzrokiem do drzwi. Sam natomiast udałem się w kierunku otwartego okna, by
przyjrzeć się miastu. O tej porze było wyjątkowo piękne.
No, czułem, że to są wampiry :). Przedstawienie ich jako obcej rasy, która pije ludzką krew, bo ta przypomina soki roślin z ich świata, to baredzo ciekawy i subtelny pomysł na opowiadanie o wampirach :). Racjonalizacja i kontrola gospodarki krwi to dobry pomysł. Napisałem kiedyś opowiadanie "Raiderpunk", gdzie była podobna sytacja - podawano nawet niektórym krew w kroplówkach, ale koncepcja była ogólnie inna niż u Ciebie. W dialogach udaje ci się wytworzyć fajne napięcie między rozmawiającymi, ale jednak notka złożona w dziewięćdziesięciu procentach z dialogów to lekkie zachwianie równowagi między akcją, opisami i dialogami. Zdarza Ci się pomijać przecinki przed zaimkami rozpoczynającymi zdanie składowe np. "kiedy". W dialogach należy też stawiać przecinek przed zwrotem: np. "- to były zupełnie inne czasy wielmożny panie" - tu powinien być przecinek przed "wielmożny panie".
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
No tak, racja... właściwie to są wampiry :) nie używam jednak tego słowa w opowiadaniu, bo szczerze mówiąc czuję przesyt tą tematyką w pop kulturze chociaż samo zjawisko uważam za ciekawe.
UsuńPrzecinki poprawiłam w tym rozdziale. Przeczytałam jeszcze raz i chyba będę musiała oddzielne czytanie przeznaczyć dla każdego z fragmentów, tylko po to, żeby sprawdzić interpunkcję. Faktycznie- bardzo oszczędnie wpisywałam te przecinki.