czwartek, 8 sierpnia 2013

II cz.2

Po raz drugi i możliwe, że nie ostatni dziś, usłyszałem pukanie do drzwi. To na pewno Marcel z asystentem. Naprawdę dałbym wiele za to, żeby nie musieć przeprowadzać tej rozmowy. Odkąd przyszedłem godzinę temu do gabinetu nie zrobiłem niczego, poza zabraniem sprzed wejścia sterty nowych raportów, donosów i zgłoszeń, wsuniętych przez służbę szparą pomiędzy drzwiami a podłogą. Trafiły do drewnianej skrzynki na biurku ze sprawami do załatwienia… w najbliższej przyszłości. Rozsiadłem się następnie wygodnie na miękkim fotelu i zająłem wnikliwą degustacją zawartości przemyconej przeze mnie butelki. Tuż przed chwilą, w której obowiązki dały o sobie znać, bezmyślnie przyglądałem się ściankom kieliszka, które okrywały się jednolicie szkarłatem, gdy tylko poruszałem dłonią. Wspaniałe beztroskie chwile.
- Wejść.- powiedziałem w końcu od niechcenia. Jak się okazało głosem, którego człowiek stojący w przedpokoju nie usłyszy. Marcel jednak po dłuższej chwili pociągnął za klamkę. Weszli do gabinetu obydwaj, widać zniecierpliwieni brakiem odzewu.
- Usiądźcie.- wskazałem im krzesła po drugiej stronie biurka. Odsunąłem kieliszek na bok. Jorik zlustrował go z niesmakiem.
Marcel bez słowa przesunął w moim kierunku plik dokumentów. Wziąłem je do ręki i zacząłem przeglądać ich zawartość.
„Hubert Gordon Stański, lat: 32, miejsce urodzenia: nieznane, miejsce zamieszkania: Miasto Słońca…”- czytałem. Pierwsza strona całkowicie wypełniona była zbędnymi danymi. Wiodłem wzrokiem po niekształtnych literach by jak najszybciej trafić na konkretne informacje. Na odwrocie kartki w końcu zauważyłem to czego potrzebowałem.
„Ciało do Punktu Głównego zgłosiła starsza kobieta, lat ok. 75, zamieszkała w osadzie poza murami. Oświadczyła, że widziała upadającego mężczyznę na skrzyżowaniu ulicy Handlowej i Portowej. Spytana o szczegóły dodała, że ów mężczyzna w chwili upadku trzymał dłonie zaciśnięte na klatce piersiowej. Zaraz po tym wydarzeniu z budynku, naprzeciw którego wspomniany mężczyzna upadł, wybiegła młoda kobieta i zaciągnęła ciało do kamienicy. Z zeznań donoszącej wynikało, że była to przedstawicielka klasy A, Rajola, właścicielka sklepu z medykamentami i odczynnikami alchemicznymi na ulicy Handlowej.
We wskazane miejsce wysłano grupę, zajmującą się transportem zwłok do Punktu Głównego. Na miejscu kupiec Rajola nie chciała oddać ciała. Zgodnie z prawem tragarze wezwali służby porządkowe, które odprowadziły ją do aresztu.
Zwłoki mężczyzny dostarczono w 20min od momentu domniemanego zgonu. Szybkie rozpoznanie dokonane przez biegłych medyków na podstawie oględzin ciała oraz zeznań donoszącej, pozwoliło stwierdzić zgon. Za przyczynę uznano niedomaganie serca.”
„Akurat”, skomentowałem przeczytaną treść w myślach. Odruchowo sięgnąłem ponownie po nie do końca opróżniony kieliszek.
„Ciało mężczyzny dostarczono następnie do piwnic apartamentu inspektora Nijena, gdzie przekazano je bezpośrednio szafarzowi Marcelowi Dante.”- przeczytałem w końcowej części raportu, dopisanej innym charakterem pisma. „Zwłoki podczas przekazywania znajdowały się w stanie ogólnym bardzo dobrym, zdatnym do wykorzystania. Ciało umieszczono w chłodni zgodnie z procedurą. Od zgonu do tego momentu minęło według szacunków ok. 50min.”
Przejrzałem pozostałe strony. Nie było na nich nic poza oświadczeniami m.in. o poprawnym przebiegu przesłuchania, transportu, procedury stwierdzania zgonu. Odłożyłem wszystko do drewnianej skrzynki w której znajdowały się inne dokumenty. Westchnąłem i spojrzałem na Marcela i Jorika. Byłem teraz gotów do konwersacji. Splotłem dłonie na grubym blacie biurka i zwróciłem się do starca.
- Pamiętasz Irminę Galenstry?
Marcel widać nie był przygotowany na takie rozpoczęcie rozmowy. Spojrzał na mnie nieprzytomnie, jakby nie rozumiejąc pytania. Wiedziałem natomiast, że rozumie je doskonale. Wspomnianą przeze mnie kobietę z pewnością pamięta również. Nie zapomni jej nawet w chwilach, gdy starość odbierze mu rozum, a choroba świadomość.
- Czy pamiętasz panią Galenstry? - spytałem łagodnie jeszcze raz.
- Tak…tak, oczywiście, że pamiętam.- szafarz otrząsnął się. Nieobecność widoczną na jego twarzy zastąpił niepokój.- Ale, z całym szacunkiem, dlaczego…
- Nie zadaję niewygodnych pytań bez powodu.- przerwałem. Zignorowałem fakt, że starzec wyraźnie podważa mój autorytet. Stres wynikający z takiej sytuacji, spotęgowany nieprzyjemnymi wspomnieniami, mógł jednak powodować zachowania nie zawsze zgodne z czyjąkolwiek wolą.
- Czy mógłbyś opowiedzieć to co działo się tego dnia, kiedy w izbie przyjęć pojawiła się Irmina Galenstry?
W trakcie tej krótkiej wymiany zdań zauważyłem rosnące zaciekawienie w oczach Jorika. Nie miałem jednak na celu uświadamiać go, jakie niedogodności niesie ze sobą wybrany przez niego zawód. Chciałem, żeby Marcel  przypomniał sobie wszystkie szczegóły, związane z tamtym wydarzeniem. Chciałem żeby w jego umyśle powstał żywy obraz tego, co wtedy miało miejsce, co wtedy czuł, co myślał, czego się nauczył.
Starzec spojrzał niepewnie na asystenta i na mnie. Poprawił się w krześle i oblizał spierzchnięte usta. Ponadto wyraził wieloma innymi drobnymi ruchami swoje niemałe zdenerwowanie. Wyobrażałem sobie co czuje, ale ta rozmowa nie miała być łatwa dla nikogo z obecnych w gabinecie.
- No to tak…- tu nastąpiło podciągnięcie się na łokciach w kierunku oparcia krzesła- wykonywałem swoje obowiązki jak zwykle. To znaczy, jak zwykle wtedy. Pracowałem u wielmożnego pana 5 lat może dopiero…
Pokiwałem głową. „Sześć”, poprawiłem go w myślach, ale to nie było akurat istotne.
- Miałem do kogo wrócić do domu. Swojego. Nie dość, że nie mieszkałem u pana w apartamencie to nawet nie zostawałem po godzinach. Eh…- westchnął- to były zupełnie inne czasy, wielmożny panie.
Zamyślił się. Trwało to tylko chwilę, bo nagle drżącym głosem dodał:
- Ja naprawdę nie wiem jak mogło do tego wtedy dojść. Wszystko wtedy odbyło się według procedury. Ja…
- Mów Marcelu o tym co się wydarzyło. Tylko o tym.- przerwałem mu, widząc, że zbacza z tematu.
Starzec wziął głębszy oddech.
- Ona przyszła wtedy z rana. To znaczy, straż ją przyprowadziła, bo Galenstry nie chciała puścić dziecka. Niosła je na rękach. Cały czas krzyczała, że go nie odda, nawet jak umrze, to go nie odda. Krzyczała strasznie i miotała się tak, że przewróciła jednego z tragarzy, który próbował pomóc. Ogarnęła ją furia. Nie zwracała nawet uwagi na to, że dziewczynka uderzyła kilka razy mocno o zbroje czy broń strażników. Podobno nawet nie zabrano jej i jej dziecka do Punktu Głównego tylko od razu skierowali na przydział. Pech chciał, że do pana było najbliżej…
- Mhm, mów dalej.- zachęciłem.
- Jeden z członków grupy transportowej, która wtedy szła obok strażników, poprosił, żebym otumanił czymś Galenstry. Było już wcześniej kilka takich sytuacji, ale i tak byłem zdenerwowany. Jednak nieczęsto przynoszono do mnie dzieci… No ale jak mnie transporter poprosił o pomoc, to nie pytałem o szczegóły, bo wiedziałem, że trzeba najpierw uspokoić matkę. Pobiegłem po eter. Zmoczyłem nim szmatkę i podałem jednemu ze strażników, żeby przyłożył ją mocno do ust i nosa tej kobiety. Zaczęła się przez moment wyrywać bardziej, ale po chwili osunęła się na podłogę, a strażnik przejął w tym czasie dziecko z jej rąk. Położył je na łóżku w izbie przyjęć.
Wtedy dopiero otrzymałem potrzebne informacje. Okazało się, że towarzyszący grupie transportowej medyk pobrał szybko próbkę krwi od dziewczynki i pobiegł do Punktu Głównego żeby wykonać szczegółowe analizy. Kazał mi przekazać żebym poczekał godzinę na wyniki. Jeśli by go nie było dłużej, zalecił mi wykonywać obowiązki, bo według niego dziewczynka nie pożyłaby długo. Wielmożny pan wie przecież co było dalej…- nagle urwał, czekając na moją reakcję. Nie odpowiedziałem na ten akt desperacji. Poderwałem jedynie wzrok ze swoich splecionych dłoni i zacząłem przypatrywać mu się również, ale nie z nadzieją a z wyczekiwaniem.
W gabinecie zapanowałaby głęboka cisza gdyby nie szelest taftowych zasłon. Jedyne okno w pomieszczeniu było otwarte- pomimo, że powietrze w Mieście Słońca nie oszałamiało swą świeżością, to i tak noc nadawała mu przyjemnego aromatu.
To ono musiało uspokajać Marcela, bo pomimo narastającej niechęci do wspomnień i żalu rysującego się na jego twarzy, jego zachowanie nie zdradzało już strachu i niepewności.
- To czego nauczono mnie w szkole pamiętałem jeszcze wtedy dobrze. A byłem ambitny, chciałem wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej. Pamiętałem doskonale jak wygłaszano nam zasady ekonomicznego zarządzania ziemskimi dobrami. Jednocześnie, dla lepszego zrozumienia , przypominano nam o początkach istnienia Nowego Świata. Wpajano nam korzyści płynące z obecności na tej planecie pańskiej rasy i że współistnienie klasy A i B na Ziemi wymaga obustronnej wymiany. Przybysze ułatwią nam rozwój, my za to zapewnimy im przetrwanie. Powszechnie wiadome jest, że życie na Abyssusie przystosowało was do innych warunków. Dla nas najistotniejsza była natomiast informacja, że skład soków roślinnych, które stanowiły dla was główne źródło pożywienia, jest taki sam jak ludzkiej krwi. Pomimo starań waszych uczonych, sztuczna krew, w dalszym ciągu jest gorsza, niepełnowartościowa, a prawdziwa stanowi dobro luksusowe. Jako że ciężko jest ją pozyskać w sposób pokojowy, istotne jest ekonomiczne wykorzystanie dóbr. I tu zaczyna się rola takich ludzi jak ja. W momencie gdy uzna się, że człowiekowi krew w dalszym ciągu nie będzie już potrzebna, moim obowiązkiem, jako szafarza, jest jej pobranie w celu pożytecznego wykorzystania.- tu spojrzał na butelkę, która stała obok mnie już prawie opróżniona. Westchnął.
- Na każdym kroku zaznaczano jak ważny w naszej przyszłej pracy jest profesjonalizm. Nawet dziecko, które ma umrzeć- umrze, ale pod naszym nadzorem. Jedną z reguł, których nas uczono informuje o tym, że najważniejsze jest pobranie krwi jeszcze za życia dawcy. Gdy pobrana jest z nieboszczyka, jej obróbka jest bardzo kosztowna i pracochłonna choć i to wykonuje się w nagłych wypadkach, w myśl zasad ekonomicznego wykorzystania dóbr. Sytuacji takich należy jednak unikać. A jak wspomniałem już, byłem wtedy ambitny. Niedawno ukończyłem szkołę… Po połowie godziny od przyniesienia dziewczynki do izby przyjęć zaczęło jej się pogarszać. Temperatura jej ciała rosła. Dziewczynka majaczyła, wyglądała jak w agonii. Powinienem wtedy był poczekać jeszcze dziesięć minut do przybycia medyka z wnioskami z obserwacji krwi, ale uznałem, że nie mogę zwlekać dłużej. Mój system wartości nie był wtedy jeszcze do końca ukształtowany. Uznałem, że dużo gorszym wyjściem byłoby narażanie wielmożnego pana na dodatkowe koszty. Wziąłem ją na ręce i przeniosłem do wypompowni. Dziewczynka miała sześć lat i całe życie przed sobą. Gdy wbijałem igły w jej drobne ręce, rozpłakałem się. Tylko tyle. Działałem jak maszyna. Włączyłem pompy i wyszedłem z sali. Gdy wróciłem była już biała i zimna. Zaniosłem ją do chłodni. Później usiadłem w izbie przyjęć na zimnej podłodze obok nieprzytomnej Galenstry. Transporterzy i strażnicy czekali przed wejściem do pomieszczeń roboczych. Targała mną wtedy niepewność, ale uważałem, że postąpiłem słusznie. Myślałem tak nawet wtedy, kiedy medyk przybył chwilę później z wynikami i oświadczył, że dziewczynkę trzeba zabrać na obserwację, bo była to prawdopodobnie jedynie gorączka podstawowa, wywołana przez wirusy, których istnienie jeszcze wtedy tylko podejrzewano. Czyli dziewczynka mogła przeżyć, ale ja wyłożyłem wtedy moje racje medykowi i, co mnie dziwi do tej pory, zrozumiał je i zaakceptował to, że już za późno. Ja przestałem wierzyć w swoje racje po miesiącu. Kiedy docierało do mnie, że pozbawiłem życia dziecko tylko dlatego, że uznałem, że powinienem być dobrym szafarzem- a dla takiego życie jest mniej ważne niż czas i mertele.
- Powiedz jeszcze co stało się z matką tej dziewczynki.- wylałem resztę zawartości butelki do kieliszka. Zdawałem sobie sprawę z tego, że to hipokryzja- upijać się efektami pracy Marcela i słuchać z obrzydzeniem jego wspomnień. Mnie jednak zmusza do tego wola przeżycia… no i codzienna odpowiedzialność i związany z nią stres. Wypicie całej butelki bardzo poprawia samopoczucie pomimo, że zakłóca nieznacznie pracę umysłu… jednak to nic w porównaniu z chwilą wytchnienia.
Starzec nie stawiał już oporów.
- Gdy medyk wyszedł, Galenstry nadal spała. Zawołałem tragarzy, żeby odnieśli ją do domu. Straż odprawiłem. Ja zająłem się wypełnianiem dokumentów i formalnościami związanymi ze spopieleniem zwłok.
Dwa dni później dowiedziałem się, że znaleziono ją w mieszkaniu. Podcięła sobie żyły. Był to dość powszechny przejaw buntu, teraz wiem, że czasami uzasadniony. Nie było już czego zabierać. Zwłoki spopielono, a żeby przynajmniej chwilowo cyfry w księgach się zgadzały, wypompowano zdrowego chłopa z osady spoza murów. To wszystko.
Wzrok Marcela zobojętniał. Ale ja nie czułem się winny.
- Od tamtej pory nie dopuściłeś już do takiej sytuacji, prawda? Zawsze dokładnie sprawdzałeś każdy przypadek, który ci powierzono.
- Tak, wielmożny panie.
- Więc czemu tym razem stało się inaczej?
Marcel otworzył usta jakby z zamiarem odpowiedzi, ale jej nie udzielił.
- No to może zadam ci inne pytanie. Dlaczego nie chciałeś, żeby Jorik po mnie przyszedł?- zerknąłem na chłopaka, cały czas wstrząśniętego wspomnieniami Marcela. Starzec z kolei uniósł głowę zaskoczony, patrząc na mnie już a nie na krawędź biurka.
- Wielmożny panie, ależ nic nie wskazywało na to, że ten człowiek żyje. Opierałem się na wnioskach ludzi bardziej biegłych ode mnie, a to oni stwierdzili zgon. Ja sam nie dopatrzyłem się też żadnych nieprawidłowości w ich rozumowaniu.- przełknął ślinę tak głośno, że musiał to usłyszeć nawet jego asystent. - Nie pozwoliłem chłopakowi pana wzywać, bo uznałem, że zmyśla. Sam sprawdzałem tętno i niczego nie wyczułem. A nie chciałem fatygować wielmożnego pana. Nie było powodu.
Obawa Marcela przed niepotrzebnym wzywaniem mnie była uzasadniona. Rękawice, które założyłem i tym razem, były przy moich wizytach potrzebne, bo zwykle chodziło o ludzi przywiezionych z wypadków. Kiedy ktoś musiał przytrzymywać własne wnętrzności, nie było sensu podłączać go do aparatury. Wtedy, no cóż… do wykorzystywania dostępnych surowców musiało dojść bardziej bezpośrednio.
Zdarzyło się jednak raz, że trafił do Marcela starszy mężczyzna, któremu syn obciął siekierą pół stopy. Szafarz posłał po mnie, gdyż sam nie do końca potrafił zrozumieć decyzję Punktu Głównego. Były to początki jego pracy u mnie, lecz już po wydarzeniach związanych z Irminą Galenstry.
Piłem wtedy więcej niż teraz i po kilku butelkach stawałem się dość wybuchowy. Asystent Marcela przerwał mi wtedy pracę nad sprawą a w dodatku problem okazał się być błahy. Ostatecznie jednemu z ówczesnych pomocników szafarza rozkazałem odwieźć poszkodowanego do punktu medycznego a samego Marcela siłą podłączyłem na kilkanaście minut do pompy. Myślę, że to wydarzenie wstrząsnęło nim jeszcze bardziej niż to co stało się z córką Galenstry, dlatego też rozumiem jego obawy przed wzywaniem mnie bez powodu.
Jednak starzec wzbudza moją sympatię i zaufanie. Zaufanie to jest niekiedy zbyt duże. Praca inspektora wymaga ciągłej nieufności w stosunku do każdego, co jest męczące. Dlatego ulgę przynosi mi to, że mogę uczynić wyjątek dla tego starego szafarza, który przepracował ze mną przez tyle lat. Postanowiłem więc, że na pouczeniu się skończy. Po chwili zamyślenia zwróciłem się do Jorika.
- Myślę, że Marcel przez jakiś czas poradzi sobie bez asystenta. Popracujesz trochę ze mną.
Zaskoczony chłopak spojrzał na starca w poszukiwaniu przyzwolenia.
- To nie było pytanie. Będziesz czekał dziś na mnie o ósmej rano przed zewnętrznym wejściem do apartamentu. A ty Marcelu- powiedziałem do szafarza, wstając sprzed biurka- wracaj do pracy. Potraktuj tę rozmowę jako pouczenie. Możecie obydwaj już iść.
Stojąc przed biurkiem odprowadziłem ich wzrokiem do drzwi. Sam natomiast udałem się w kierunku otwartego okna, by przyjrzeć się miastu. O tej porze było wyjątkowo piękne.


2 komentarze:

  1. No, czułem, że to są wampiry :). Przedstawienie ich jako obcej rasy, która pije ludzką krew, bo ta przypomina soki roślin z ich świata, to baredzo ciekawy i subtelny pomysł na opowiadanie o wampirach :). Racjonalizacja i kontrola gospodarki krwi to dobry pomysł. Napisałem kiedyś opowiadanie "Raiderpunk", gdzie była podobna sytacja - podawano nawet niektórym krew w kroplówkach, ale koncepcja była ogólnie inna niż u Ciebie. W dialogach udaje ci się wytworzyć fajne napięcie między rozmawiającymi, ale jednak notka złożona w dziewięćdziesięciu procentach z dialogów to lekkie zachwianie równowagi między akcją, opisami i dialogami. Zdarza Ci się pomijać przecinki przed zaimkami rozpoczynającymi zdanie składowe np. "kiedy". W dialogach należy też stawiać przecinek przed zwrotem: np. "- to były zupełnie inne czasy wielmożny panie" - tu powinien być przecinek przed "wielmożny panie".
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, racja... właściwie to są wampiry :) nie używam jednak tego słowa w opowiadaniu, bo szczerze mówiąc czuję przesyt tą tematyką w pop kulturze chociaż samo zjawisko uważam za ciekawe.

      Przecinki poprawiłam w tym rozdziale. Przeczytałam jeszcze raz i chyba będę musiała oddzielne czytanie przeznaczyć dla każdego z fragmentów, tylko po to, żeby sprawdzić interpunkcję. Faktycznie- bardzo oszczędnie wpisywałam te przecinki.

      Usuń