Szczelnie
okryty płaszczem przedzierałem się przez tłum ludzi, których aktywność osiągała
szczyt o tej porze. Pomimo braku wprawy w ulicznych manewrach, wrodzona
zwinność i siła umożliwiły mi utrzymanie przyzwoitego tempa marszu. Nie można
tego było powiedzieć o Joriku, który zniknął z zasięgu mojego wzroku w trakcie
drogi do aresztu.
Postanowiłem
poczekać na niego w cieniu fontanny, znajdującej się na jednym z licznych w
mieście rynków. Fontanna ta, stanowiąca obraz niewyobrażalnej tandety, otoczona
jest zwykle przez małe stoiska podróżnych kupców. Ich brudne łachmany i
zmęczone twarze stanowią kontrast dla śnieżnobiałej kobiety w złotej zbroi, siedzącej na grzbiecie wielkiego niedźwiedzia północnego. Na domiar złego
źródłem wody w fontannie jest otwór w pysku tego majestatycznego w innych
warunkach zwierzęcia oraz tarcza i miecz wojowniczki. Wyczucie estetyki każe mi
zawsze odwracać wzrok w pobliżu tego elementu wątpliwego wystroju i podsuwa
ponadto szczere chęci by wtrącić autora tego paskudztwa do najbardziej
obskurnej celi w lochu miejskim. Niestety nawet silna pozycja, nie
powoduje tego, że jest w mojej mocy kierowanie do celi obywateli winnych jedynie braku dobrego
smaku.
Tym razem
jednak nie tylko spojrzałem na tę pożałowania godną figurę, ale i usiadłem na
marmurowym murku, otaczającym wodę, gromadzącą się przy zdobionym cokole
pomnika. Owinięty płaszczem z kapturem i z twarzą okrytą szerokim szalem, nie
wyróżniałem się zbytnio spośród pojawiających się gdzieniegdzie postaci w takim
samym stroju. Zdarza się, że i klasa A ma o tej porze powód by pojawiać się na
ulicach, a unowocześniona struktura miasta, choć w pewnym stopniu skuteczna, nie
zapewnia całkowitej ochrony. Toteż wielu mieszkańców dysponuje w swojej
garderobie strojem, który być może nie uzewnętrznia indywidualizmu właściciela,
ale jest nad wyraz praktyczny. Zapewnia też pewną anonimowość, co czasami
okazuje się być wygodne. Zanim usiadłem pod fontanną by wypatrywać Jorika,
musiałem przejść pomiędzy dwoma młodymi kupcami, których uwaga ani na chwilę
nie została rozproszona moją obecnością. Obydwaj obsługiwali jeden stragan,
wokół którego zebrało się wielu zainteresowanych. Księgi, amulety, obrazy,
talizmany, kadzidła- wszystko to przechodziło z rąk do rąk, podczas gdy w tle
dało się słyszeć pobrzękiwanie miedzianych i złotych monet oraz pełne
zaangażowania wywody sprzedawców na temat zastosowania i historii towarów. Ja
za to spokojnie mogłem poobserwować przechodniów w przekonaniu, że nikt nie
rozproszy mojej uwagi.
- Czy może
chciałby pan przyjrzeć się naszym towarom?
Zaskoczony o
mało nie wpadłem do fontanny. To jeden z kupców niespodziewanie zwrócił się w
moim kierunku.
- Nie, nie
jestem zainteresowany.
- Teraz pan
nie jest, ale proszę spojrzeć jaki jest popyt na nasz towar. Czy według pana ci
wszyscy tutaj mogą się mylić? A zapewniam- towar jest najlepszej jakości i po
możliwie najniższej cenie. Mamy też wiele unikatów…
Handlarz w
trakcie tego słowotoku prawie naruszył moją przestrzeń osobistą. Wstałem z
zamiarem przeciśnięcia się przez ścianę tych wszystkich zainteresowanych
zabobonem, gdy kupiec w jednej chwili zagrodził mi drogę.
-…o! Na
przykład ta książka! Nie byle jaka. Unikat wart największych pieniędzy. Proszę
spojrzeć na oprawę- jagnięca skóra, tradycyjnie grawerowana. Ma ponad tysiąc
lat! To istne arcydzieło. Proszę dotknąć.
Nie
zamierzałem tego zrobić. Przeczytałem jedynie tytuł, który wbrew woli
ciągle znajdował się przed moimi oczami. „Synowie Jehowy- oprawa i uzupełnienie
do pierwszego wydania Starego Testamentu”. Jak coś z takim tytułem mogło mieć
ponad tysiąc lat? Tym razem bardziej zdecydowanie ruszyłem przed siebie.
Niespeszony chłopak nie zatrzymał mnie, ale szedł razem ze mną a właściwie
przede mną, będąc zwróconym wciąż w moją stronę.
- Proszę
poczekać… proszę… ta książka na pewno pana zainteresuje. Jestem przekonany, że
powinien ją pan mieć.
Nie
wytrzymałem. Zatrzymałem się i spojrzałem na kupca.
- Dlaczego
niby powinienem ją od ciebie kupić?
- Jestem
dobrym obserwatorem. Proszę mi wierzyć. Właściwie to niech pan ją weźmie. To
prezent. Tylko niech nas pan odwiedzi następnym razem. Co kwartał jesteśmy w
stolicy przy tej fontannie.- tu zdawać by się mogło, że puścił do mnie oko.
Wcisnął do moich rąk książkę w skórzanej oprawie, ukłonił się szybko i ruszył
pewnym krokiem w kierunku stoiska.
Jehowa,
Jehowa… oczywiście już spotkałem się z tym słowem. Kupiec mógł mieć więc rację.
Treść może mnie zainteresować. Schowałem gruby tom do wewnętrznej kieszeni
płaszcza i skierowałem się w drogę powrotną w poszukiwaniu Jorika. Nie czułem
się za niego odpowiedzialny, jednak dobrze jest mieć pod ręką kogoś
spostrzegawczego z kim można skonsultować swoje przypuszczenia, nawet jeśli
osoba ta nie jest do końca kompetentna.
Szedłem tą
samą trasą, którą pokonałem z zamiarem dotarcia do aresztu. Mijałem znajome
miejsca, jednocześnie starając sobie przypomnieć, gdzie widziałem chłopca po raz
ostatni. Gdy znacznie oddaliłem się od placu z koszmarną fontanną, zdałem sobie
sprawę z tego, że tak naprawdę nie zwracałem uwagi na przyszłego pomocnika i
odkąd wyruszyliśmy spod apartamentu, nie zamieniłem z nim ani słowa.
Postanowiłem więc zapuścić się jeszcze dalej, zakładając, że Jorik stracił
orientację najprawdopodobniej w jednej z wąskich uliczek, tych mniej atrakcyjnych
dla przejezdnych, ale znacznie ułatwiających poruszanie się po mieście mieszkańcom.
Niestety z uwagi na to, że uliczki te były węższe od głównych tras, tłok na
nich w godzinach porannych był znacznie większy.
W uliczce, w
której postanowiłem rozpocząć poszukiwania, było wiele zakładów rzemieślniczych.
Kowal, szewc, aptekarz, jeden z licznych w mieście krawców… Ten ostatni miał
przed swoim zakładem znakomitą wystawę, która zawsze przykuwała uwagę swoją
znakomitą kolorystyką i kompozycją. Tak się złożyło, że przed wejściem do
zakładu stał jego właściciel.
- Czeka pan
na kogoś?- spytałem.
- Tak… to
znaczy nie. A pan to kto?
Zdjąłem szal
z twarzy, gdyż prowadzenie rozmowy w ten sposób powszechnie uważane jest za
niegrzeczne.
- Inspektor
Nijen…
Zauważywszy,
że krawiec wciągnął głośno powietrze i przez niebezpiecznie długi czas nie
chciał go wypuścić, postanowiłem kontynuować.
- Czy
widział pan może niedawno młodego chłopaka? Mniej więcej mojego wzrostu, w
zielonej tunice z czarną opaską na ramieniu?
-
Taki…eee…nie, nie widziałem. Widzi pan, z całym szacunkiem, ale jestem zajęty.
Muszę
przyznać, że akurat tego nie dostrzegłem. Zauważyłem natomiast wystarczająco
innych szczegółów, aby bliżej przyjrzeć się pracy krawca, gdy tylko zakończę
sprawę Stańskiego.
- Rozumiem.
W takim razie nie będę panu przeszkadzał. Miłego dnia.
Gdy
odwróciłem się by zejść z małych schodków, o mało co nie wpadłem na starszą
kobietę, która najwyraźniej czekała za mną na koniec krótkiej pogawędki z
krawcem.
- Dzień
dobry panie inspektorze. Chyba widziałam osobę, której pan szuka.
Nie
ściągałem tym razem szala z twarzy. Zmrużyłem oczy, przyglądając jej się z
niemałym zaciekawieniem i odrobiną poirytowania. Rozumiem, że chciała zaskarbić
sobie przychylność wpływowej osoby, ale takie nachalne wyczekiwanie tuż za
plecami było nieuzasadnione. Było to dziwne tym bardziej, że kobieta sprawiała
wrażenie dość majętnej, a co często za tym idzie w parze- obytej. Choć liczne i
głębokie zmarszczki na jej twarzy oraz dłoniach świadczyły o latach pracy
fizycznej, to jej ubiór charakteryzował się dokładnością wykonania i wysoką jakością
materiałów. Ponadto przy kołnierzu sukni widniała wytkana złotą nicią sygnatura
zakładu krawieckiego Clauda. Kobieta, która stała właśnie przede mną, na pewno
nie narzekała na brak pieniędzy. Mogłem więc niebawem spodziewać się listu z
prośbą referencje. O ile jeszcze się nie przedstawiła to zapewne nastąpi to za
chwilę.
Nieznajoma
uśmiechnęła się samymi ustami jakby w odpowiedzi na moje myśli.
- A tak w
ogóle to miło mi pana w końcu spotkać. Na imię mi Elenja Maelora. Tak,
dokładnie z TYCH Maelorów.- mówiąc to wyciągnęła prawą rękę by się przywitać,
ja jednak swoją nadal przytrzymywałem szal. Słyszałem o Maelorach. To dość duża
rodzina, która nie zasłużyła się dla miasta niczym szczególnym, może poza tym,
że Maelorowie lubili być w centrum uwagi, przez co stawali się zawsze tematem
przewodnim rozpraw ulicznych plotkarzy. Elenja więc pewnie doniosłaby nawet na
swoich bliskich, tylko po to, by uczynić swoją pozycję bardziej znaczącą.
- Gdzie pani
widziała tego chłopca?- spytałem trochę zniecierpliwiony.
- Ach, tak-
zabrała szybko rękę, nie okazując nawet odrobiny zakłopotania. Widziałam jak
trzy przecznice dalej, niedaleko Mostu Wyzwolenia, szedł z dwoma mężczyznami.
- Jak
wyglądali ci dwaj?
- Jeden był
wysoki i barczysty. Ten co chwilę popychał chłopaka do przodu. Drugi z nich
cały czas kaszlał i próbował coś mówić do tego, którego pan szuka.
- Coś
jeszcze?
Szybkim
ruchem oczu spojrzała w ziemię by znowu zwrócić je w moim kierunki.
- Nie, to
raczej wszystko. Zauważyłam tylko to.
- W jakim
szli kierunku?
- Szli jedną
z ulic wzdłuż kanału. O ile mnie pamięć nie myli to właśnie w kierunku tego
mostu.
W tej chwili
poczułem słuszność decyzji jaką podjąłem. Mogłem przecież przesłuchać Rajolę
sam, zakładając, że Jorik niezbyt poważnie traktuje moje zwierzchnictwo.
- Dziękuję
za pomoc.- w pośpiechu nawet nie zakończyłem rozmowy należycie. Zbiegłem ze
schodków i pobiegłem w poprzek ulicy, przepychając czasami przechodniów, którzy
tarasowali mi drogę.
- Mam
nadzieję, że jeszcze się spotkamy!- krzyknęła za mną, przebijając się głosem
przez uliczny zgiełk.
„Wolałbym
jednak nie”, pomyślałem. Nie przepadałem za karierowiczami a ta kobieta bez
wątpienia była jedną z nich. Na pewno nie udzieliła mi informacji z poczucia
obywatelskiego obowiązku.
Udałem się
we wskazanym przez Elenję kierunku czyli do mniej atrakcyjnej części miasta.
Bielony bruk ulicy w miarę oddalania się od strefy rzemieślniczej, stawał się
coraz bardziej zaniedbany a w pewnym momencie farba zniknęła z niego zupełnie.
Robiło się też coraz jaśniej, czego przyczyną był brak luster na tamtejszych
budynkach. Profilaktycznie naciągnąłem kaptur na twarz tak, aby okryć w jego
cieniu także oczy. Wolałem nie ryzykować. Nawet drobne poparzenia goją się
powoli.
Ponadto
nawet mnie jako przechodniowi dawał się we znaki brak w tym rejonie
kanalizacji. Gdybym nie trzymał się blisko ścian budynków, wylane z jednego z
balkonów pomyje znalazłyby się na mnie zamiast na niepobielonym bruku. Nic więc
dziwnego, że Ian pominął zupełnie szarą strefę w swojej książce. Gdyby wspomniał
chociażby o istnieniu tego zapomnianego przez klasę A zakątka, uzyskanie
wrażenia wspaniałości miasta w mniemaniu czytelnika, byłoby, jeśli nie
niemożliwe, to o wiele trudniejsze. A w istocie władze miasta nie zajmowały się
tą okolicą zupełnie i o ile nie ściągano z jej mieszkańców żadnych należności
(tych w mertelach ma się rozumieć), toteż nie inwestowano w nich ani w ich
otoczenie. Z punktu widzenia porządnego obywatela było to zrozumiałe. Nie
rozumieli za to tego ci, których ten brak zainteresowania dotykał bezpośrednio-
czuli się poszkodowani, co okazywali od czasu do czasu, dokonując kradzieży czy
nawet większych rozbojów w tej atrakcyjniejszej części miasta. A warto
nadmienić, że szarą strefę zamieszkiwali ci, którzy nie przejmowali się zbytnio
jakością swojego życia chociaż, chyba z zasady, drażnił ich brak
zainteresowania ze strony władz. Na jakiej podstawie tak surowo oceniam tych
ludzi? Otóż wrażliwość na warunki, w których się egzystuje niesie za sobą w
Nowym Świecie wiele konsekwencji. Można przyjąć, że w przybliżeniu wszystkie,
na które pozwala wyobraźnia, poza oczywiście mieszkaniem w szarej strefie
"Miasta Słońca". Gdyby którykolwiek z lokatorów tych odrapanych kamienic przejmował się
swoją godnością, chwyciłby się uczciwej pracy, a tym samym zmieniłby miejsce
stałego pobytu- jak nie na cywilizowaną część stolicy to na osady poza murami czy też dalej położone sektory.
Widać jednak nie przeszkadza tym ludziom zbytnio smród unoszący się z
rynsztoków i niepewność jutra. Dlatego im dłużej przebywałem w tym dziwnym
otoczeniu, tym mniej pozytywne miałem myśli co do obecnej sytuacji Jorika.
Nie znałem
chłopca długo, ale pierwsze wrażenie pozwoliło mi przypuszczać, że nie
przyszedł tutaj z własnej woli. Sam nie przyszedłbym tutaj gdyby nie zmusiła
mnie do tego sytuacja.
Zbliżałem
się coraz bardziej do Mostu Wyzwolenia, jednak jak do tej pory nie
zaobserwowałem na ulicy niczego podejrzanego poza kilkoma grupami, złożonymi z
tubylców. Niektórzy z nich oparci o mury w ciszy obserwowali okolicę, inni
zajęci byli osuszaniem butelek taniego wina i żuciem tytoniu. Żaden z tych
podejrzanych osobników mnie nie zaczepił. Nie byli aż tak głupi. Co nie zmienia
faktu, że czułem się nieswojo. Walka w tym obszernym płaszczu z tyloma osobami
naraz może i skończyłaby się dla mnie zwycięsko, ale na pewno nie wyszedłbym z
niej bez szwanku.
Doszedłem w
końcu do kanału i postanowiłem iść wzdłuż niego. Po uzyskaniu informacji od
Elenji uznałem, że pierwszym miejscem, do którego powinienem się udać jest
prześwit Mostu Wyzwolenia. Mało finezyjna kryjówka. Jednak nigdy tych ludzi nie
posądziłbym o nadmiar finezji. W ich przypadku najprostsze wnioski okazywały
się zwykle jak najbardziej trafne.
Kanał, tak
jak i cała dzielnica, nie był zbyt przyjemnym miejscem, gdyż płynęła nim rzeka
wraz ze ściekami z całego miasta. Nie otaczały go żadne budynki, więc
ogrzewające strumień słońce wzmagało odór. Cieszył się mimo to niemałym
zainteresowaniem tych, którym zależało na dyskrecji. Nie była to bynajmniej
zasługa jedynie ludzi, którzy w istocie rzadko posuwali się do zdrady kolegów z
szajki, ale samej lokalizacji. Słońce za dnia oświetlało to miejsce tak
intensywnie, że mnie podobni, odwiedzali to miejsce przeważnie nocą, o ile w
ogóle zaistniała taka konieczność. A w służbach, którym zależało na
zaszkodzeniu tym ludziom, pracowali w stolicy jedynie przedstawiciele klasy A.
Stąd też pod pewnym względem stawaliśmy się w swoim postępowaniu przewidywalni,
a tamci przynajmniej za dnia mogli czuć się względnie bezpieczni. Oczywiście
nie dziś, o ile nie zorganizowali spotkania wszystkich członków podziemia.
Im dłużej
przebywałem w okolicach kanału tym bardziej rozumiałem niechęć pozostałych
pracowników organu sprawiedliwości do prowadzenia spraw w tym regionie a moja
pewność siebie malała. Promienie odbijające się od tafli gęstej brei sprawiały,
że po kilkunastu minutach przyglądania się wnętrzu koryta kanału, poczułem
nieprzyjemne pieczenie na nieosłoniętej części twarzy, które wzmagało się z
każdą kolejną minutą.
Gdy tylko
zobaczyłem Most Wyzwolenia, od razu zszedłem po wąskich schodach do prześwitu.
Niestety nawet odrobina cienia nie przyniosła mi już całkowitej ulgi.
Mrużąc łzawiące oczy rozejrzałem się wokół. Rozrzucone sterty siana i znajdujące się gdzieniegdzie brudne zgniecione szmaty świadczyły o tym, że przedświt mógł stanowić miejsce noclegu. Byłem pełen podziwu, że któryś z tych brudasów uznał, że odrobina świeżego powietrza jest lepsza, niż zaduch w podziemiach pod kanałem.
Mrużąc łzawiące oczy rozejrzałem się wokół. Rozrzucone sterty siana i znajdujące się gdzieniegdzie brudne zgniecione szmaty świadczyły o tym, że przedświt mógł stanowić miejsce noclegu. Byłem pełen podziwu, że któryś z tych brudasów uznał, że odrobina świeżego powietrza jest lepsza, niż zaduch w podziemiach pod kanałem.
Pomiędzy
prymitywnymi posłaniami, w kamiennej podstawie mostu, dostrzegłem drzwi.
Pociągnąłem za nierówny brzeg zbitego z desek skrzydła. Nie były zamknięte-
widać uznali, że o tej porze, w tym miejscu czujność jest zbyteczna. Od razu
uderzyła mnie woń stęchlizny.
Zszedłem po
schodach najciszej jak było to możliwe. Gdy znalazłem się na dole, okazało się,
że nie muszę już prowadzić dłużej poszukiwań. W ciemnym tunelu rozbrzmiewał co
chwilę dźwięk głośnego kaszlu. Podziękowałem w duchu swojej intuicji i ruszyłem
przed siebie. Z natury w ciemnych pomieszczeniach widziałem bardzo dobrze, ale
przez długotrwałe nastawianie wzroku na działanie promieni słonecznych, widziałem podwójnie. Poza tym to ciągłe łzawienie- było nie do wytrzymania.
Nagle, gdy chciałem dać kolejny krok, poczułem lekkie szarpnięcie za poły
płaszcza. Nie zdążyłem nawet sprawdzić co jest tego przyczyną, bo od razu
usłyszałem huk metalu spadającego na kamienną posadzkę.
„Cholera” Przylgnąłem
szybko do jednej ze ścian. W samą porę, bo drzwi na końcu korytarza uchyliły
się, wypuszczając, ze znajdującego się za nimi pomieszczenia, drgające światło
świecy.
Usłyszałem dwa
pytania wypowiedziane grubym męskim głosem, które w swojej intonacji brzmiały
jak: „Kto tam? Kto tam jest?”. Tego mogłem się jednak tylko domyślać, bo w
rzeczywistości nie rozumiałem ani słowa. To nie był ‘nasz’. Stary język raczej
też nie. Nie znałem go dobrze, ale potrafiłem się w nim w miarę dobrze
porozumieć. Może to jakaś tutejsza nowa gwara? Nieważne. Postanowiłem skupić
się na ciągłym pozostawaniu poza zasięgiem światła.
W pewnym momencie
padły kolejne słowa, wypowiedziane tym razem w starej mowie.
- Kto tam
jest się kurwa pytam!- tu zawtórował pytającemu kaszel z głębi pomieszczenia.-
Hej, Chudy, idę sprawdzić co tam się dzieje a ty pilnuj gówniarza.
Wysoka,
potężnie zbudowana postać wyszła na korytarz. Ja za to niewiele mogłem w tym
stanie zrobić. Jedyne co mi pozostawało to podstęp albo mogłem też zostawić
chłopaka na pastwę losu. Postanowiłem zaryzykować. Sięgnąłem do paska munduru
po sztylet, który na wszelki wypadek zawsze noszę przy sobie. Sprawdziłem
wszystkie szlufki przy pasku i kieszenie. Nie było go. Musiał mi wypaść w
drodze. Na krótką chwilę ogarnęła mnie panika. Na szczęście udało mi się
opanować. W samą porę.
Gdy o głowę
wyższy ode mnie bandyta, zbliżył się na odległość dwóch kroków, ciągle
wpatrując się bezmyślnie w mrok, chwyciłem metalową łyżkę, która upadła wraz z
innymi naczyniami, gdy niezgrabnie przedzierałem się przez korytarz. Prawie
jednocześnie bezszelestnie przetoczyłem się po ścianie za plecy wielkoluda i
wplotłem swoją lewą rękę pomiędzy jego przedramiona żeby odebrać mu możliwość
manewru. Zanim zorientował się co się dzieje, obróciłem go tak, abym sam znalazł
się ponownie w ciemności. Jedną nogę zaparłem o kamienny filar, podtrzymujący
strop, by móc szybko wykonać kontratak gdybym stracił stabilność przez to, że
dla zachowania pozorów, stałem na palcach. Drugą ręką przyłożyłem mu do gardła
zimny uchwyt łyżki.
- Ani się waż krzyczeć.- wyszeptałem mu do
ucha. Zaryzykowałem, ale najwyraźniej znał też ‘nasz’. Nie wydał z siebie
żadnego dźwięku.
Groteskowość
sytuacji ubawiłaby zapewne niejednego, o ile byłby jej obserwatorem. Po szybkim
oddechu i strużkach potu, które spływały po karku olbrzyma, dało się
wywnioskować, że był przekonany o tym, że kawałek metalu przy jego krtani to
ostrze.
- Wrócisz
teraz do swojego kolegi i powiesz, że nikogo nie spotkałeś.- wycedziłem tuż
przy jego policzku.- Przekonasz go, że chłopak nie jest wam już potrzebny i
możecie go wypuścić, żywego. Wyprowadzisz go sam, na zewnątrz, a później
wrócisz do podziemi zamykając za sobą drzwi. Zrozumiano?
Olbrzym
gorączkowo pokiwał głową.
- Nie próbuj
żadnych sztuczek. Nie jestem sam. W pobliżu kręci się jeszcze trzech
strażników.- poczekałem chwilę, żeby dotarło do niego to co dopiero usłyszał.
-Idź.-
wypchnąłem go do przodu, zapierając się jeszcze mocniej nogą o filar. Sam
odbiłem się w przeciwnym kierunku i ukryłem bliżej schodów za dużymi
skrzyniami.
Mogło się
udać bądź też nie. Najbardziej prawdopodobne było, że wielkolud da drugiemu
znak, że ktoś złożył im wizytę a w takiej sytuacji mogą albo podjąć walkę, w
której wyjątkowo szanse miałem niezbyt wielkie, albo zabić chłopca i uciec lub
po prostu dostosować się do wytycznych. Możliwości było wiele, a to, którą
wybiorą, będzie zależeć tylko od tego, na ile są inteligentni, jak dobrzy są w
walce no i od tego, jak wiele szczęścia dostałem w przydziale tym razem.
Olbrzym
wrócił ze zwiadu na swoje miejsce. Zza drzwi zaczęły docierać do mnie jedynie
odgłosy wartkiej dyskusji w obcym języku i donośnego kaszlu.
Gdy umilkły
po dość długim czasie, drzwi otworzyły się ponownie i wyszedł z nich wielki
bandyta trzymając za ramię Jorika. Ciągnął go w kierunku schodów, rozglądając
się przy tym niepewnie. Po chwili obydwaj przeszli obok mnie. Zgodnie z moimi
instrukcjami wielkolud odprowadził chłopaka na zewnątrz, po szczęknięciu metalu
wywnioskowałem też, że zamknął prowizoryczne drzwi… na klucz? Nie był to jednak
duży problem. Później zbiegł ze schodów i wrócił do pomieszczania, z którego
całkiem niedawno wyszedł. Nie wyglądałem spoza skrzyń a jedynie nasłuchiwałem.
Odniosłem
wrażenie, że bandyci nie rozmawiali już ze sobą. Dobiegło mnie tylko
trzaśnięcie drzwi i tupot oddalających się kroków. Widocznie woleli udać się do
wyjścia w głębi kanałów. W końcu dźwięki ucichły.
Nie mogąc
uwierzyć, że trafiłem na bandytów, którzy nie zaczęli się zastanawiać nad tym,
dlaczego służby porządkowe po prostu nie wpadły do ich kryjówki i nie zrobiły
rozróby, wstałem z zimnej posadzki i udałem się ku wyjściu.
- Jorik!
Jorik! Jesteś tam?
- Tak, wielmożny panie.
- Odsuń się
od drzwi.- nie oczekując potwierdzenia wykonania polecenia, odbiłem się mocniej
od ziemi i wyważyłem drzwi. Jak się spodziewałem, nie były zbyt wytrzymałe.
Całe skrzydło opadło na kamienny bruk, łamiąc się na trzy nierówne części.
Odnalazłem
wzrokiem chłopaka. Nie wyglądał nawet na poturbowanego, miał jedynie czerwony
ślad po dłoni na policzku.
- Rajolę
odwiedzimy w areszcie jutro. Dzisiaj wracamy do apartamentu.- powiedziałem
naciągając kaptur na głowę.- Musisz mi pomóc. Znasz dobrze miasto, prawda?
- Ttta..tak,
panie.- do chłopaka ewidentnie nie dotarło jeszcze, że już po wszystkim.
- Poprowadź
nas do pałacu jak najkrótszą drogą. I najlepiej jak najmniej oświetloną. Dasz
radę?
- Tak,
oczywiście.- nagle ocknął się i wyprostował, jakby dostał właśnie jakąś ważną
misję.
Hm… tak
naprawdę była ważna. Od jej wykonania zależeć będzie czy faktycznie będę w
stanie wypytać Rajolę o szczegóły jutro czy może odważę się wychylić z
apartamentu dopiero za tydzień.
Ostatecznie
zmusiłem się do wyjścia po schodach ponownie ponad kanał. Wcześniej podrażnione
oczy zaczęły piec i łzawić z podwójną mocą. Na szczęście Jorik przejął się
swoją rolą na tyle, że zapomniał o konwenansach i szarpnął mnie z całej siły za
rękaw.
- Proszę za
mną. Tędy.- powiedział wskazując kierunek.
Akcja wciąż ciekawa. Wczytałem się mocniej w tekst i rzeczywiście pośród opisów otoczenia i akcji są wciąż zdania o nieco szorstkiej składni lub powtórzeniach. Z powtórzeń najbardziej rzuca się: "...przy MOJEJ silnej pozycji, nie jest w MOJEJ mocy kierowanie do celi...". Kolejne zdanie, które przytoczę jest dopiero ciekawe: "Nie speszony chłopak nie zatrzymał mnie, ale szedł razem ze mną, a właściwie przede mną, starjąc się biec tyłem" :). Trochę zgłupiałem. Pomijając podwójne "nie" to zdanie totalnie dezinformuje czytalnika, bo w końcu nie wiem czy chłopak po "nie zatrzymaniu go" szedł razem z nim, czy raczej przed nim, czy może jednak biegł tyłem? :). Reszta błędów to drobiazgi: 1. "...poczułęm lekki szarpnięcie za poły płaszcza" - "lekkie". 2. "Tak wielmożny panie" - przecinek.
OdpowiedzUsuńMiasto o nazwie Nowy Świat to bardzo wielopłaszczyznowe miejsce, posiadające swoją historię, topografię, technologię, podziały społeczne, wielokulturowość, wierzenia, ruch oporu itd. Postaraj się jednak, aby czytelnik nie odczuł, że zdobywanie informacji o wykreowanym przez Ciebie uniwersum, to kluczowa rzecz w opowiadaniu i umieszczaj je w taki sposób, żeby dotyczyły tego, co akurat się wokół bohaterów dzieje. Nie jest pod tym względem źle, po prostu taka rada...
"Niespeszony chłopak nie zatrzymał mnie, ale szedł razem ze mną, a właściwie przede mną, starając się biec tyłem"
UsuńOk, poprawiłam to zdanie odrobinę. Mam nadzieję, że jest mniej dezinformujące.
"Niespeszony chłopak nie zatrzymał mnie, ale szedł razem ze mną a właściwie przede mną, będąc zwróconym wciąż w moją stronę."
"Nie" jest podwójne, ale w jednym przypadku występuje jako część wyrazy (przysłówek odprzymiotnikowy), więc wg mnie nie rzuca się jakoś drastycznie w oczy.
Powtórki "mój", "moje" oraz inne błędy poprawiłam w miarę możliwości. Dzięki za zauważenie, chociaż obawiam się, że mogło zostać tam tego jeszcze trochę.
Pozdrawiam.
Małe sprostowanie: "Nowy Świat" to z założenia nie miasto a państwo, które obejmuje całą Ziemię. Jeśli w tekście jest coś, co sugeruje, że jest inaczej, byłabym wdzięczna za wskazanie tego.
UsuńA widzisz, to teraz już wiem :). Na przykład czytając ten fragment: "Na jakiej podstawie tak surowo oceniam tych ludzi? Otóż wrażliwość na warunki, w których się egzystuje niesie za sobą w Nowym Świecie wiele konsekwencji. Można przyjąć, że w przybliżeniu wszystkie, na które pozwala wyobraźnia, poza oczywiście mieszkaniem w szarej strefie miasta. Gdyby którykolwiek z lokatorów tych odrapanych kamienic przejmował się swoją godnością, chwyciłby się uczciwej pracy, a tym samym zmieniłby miejsce stałego pobytu- jak nie na cywilizowaną część stolicy to na osady poza murami." - można pomyśleć, że słowa "miasto", "Nowy Świat" czy "stolica" - używane są przez ciebie w opisach jako synonimy. A może ja się zbytnio wszystkiego czepiam? Sam nie wiem. Apropos, jak się nazywa to miasto?
OdpowiedzUsuńCoś w tej uwadze jest. Zastanowię się czy tego też nie zmienić.
UsuńA to miasto to "Miasto Słońca"
Miałeś rację. Dopisałam kilka słów i powinno być w porządku.
Usuń