poniedziałek, 19 sierpnia 2013

II cz.3

Szczelnie okryty płaszczem przedzierałem się przez tłum ludzi, których aktywność osiągała szczyt o tej porze. Pomimo braku wprawy w ulicznych manewrach, wrodzona zwinność i siła umożliwiły mi utrzymanie przyzwoitego tempa marszu. Nie można tego było powiedzieć o Joriku, który zniknął z zasięgu mojego wzroku w trakcie drogi do aresztu.
Postanowiłem poczekać na niego w cieniu fontanny, znajdującej się na jednym z licznych w mieście rynków. Fontanna ta, stanowiąca obraz niewyobrażalnej tandety, otoczona jest zwykle przez małe stoiska podróżnych kupców. Ich brudne łachmany i zmęczone twarze stanowią kontrast dla śnieżnobiałej kobiety w złotej zbroi, siedzącej na grzbiecie wielkiego niedźwiedzia północnego. Na domiar złego źródłem wody w fontannie jest otwór w pysku tego majestatycznego w innych warunkach zwierzęcia oraz tarcza i miecz wojowniczki. Wyczucie estetyki każe mi zawsze odwracać wzrok w pobliżu tego elementu wątpliwego wystroju i podsuwa ponadto szczere chęci by wtrącić autora tego paskudztwa do najbardziej obskurnej celi w lochu miejskim. Niestety nawet silna pozycja, nie powoduje tego, że jest w mojej mocy kierowanie do celi obywateli winnych jedynie braku dobrego smaku.
Tym razem jednak nie tylko spojrzałem na tę pożałowania godną figurę, ale i usiadłem na marmurowym murku, otaczającym wodę, gromadzącą się przy zdobionym cokole pomnika. Owinięty płaszczem z kapturem i z twarzą okrytą szerokim szalem, nie wyróżniałem się zbytnio spośród pojawiających się gdzieniegdzie postaci w takim samym stroju. Zdarza się, że i klasa A ma o tej porze powód by pojawiać się na ulicach, a unowocześniona struktura miasta, choć w pewnym stopniu skuteczna, nie zapewnia całkowitej ochrony. Toteż wielu mieszkańców dysponuje w swojej garderobie strojem, który być może nie uzewnętrznia indywidualizmu właściciela, ale jest nad wyraz praktyczny. Zapewnia też pewną anonimowość, co czasami okazuje się być wygodne. Zanim usiadłem pod fontanną by wypatrywać Jorika, musiałem przejść pomiędzy dwoma młodymi kupcami, których uwaga ani na chwilę nie została rozproszona moją obecnością. Obydwaj obsługiwali jeden stragan, wokół którego zebrało się wielu zainteresowanych. Księgi, amulety, obrazy, talizmany, kadzidła- wszystko to przechodziło z rąk do rąk, podczas gdy w tle dało się słyszeć pobrzękiwanie miedzianych i złotych monet oraz pełne zaangażowania wywody sprzedawców na temat zastosowania i historii towarów. Ja za to spokojnie mogłem poobserwować przechodniów w przekonaniu, że nikt nie rozproszy mojej uwagi.
- Czy może chciałby pan przyjrzeć się naszym towarom?
Zaskoczony o mało nie wpadłem do fontanny. To jeden z kupców niespodziewanie zwrócił się w moim kierunku.
- Nie, nie jestem zainteresowany.
- Teraz pan nie jest, ale proszę spojrzeć jaki jest popyt na nasz towar. Czy według pana ci wszyscy tutaj mogą się mylić? A zapewniam- towar jest najlepszej jakości i po możliwie najniższej cenie. Mamy też wiele unikatów…
Handlarz w trakcie tego słowotoku prawie naruszył moją przestrzeń osobistą. Wstałem z zamiarem przeciśnięcia się przez ścianę tych wszystkich zainteresowanych zabobonem, gdy kupiec w jednej chwili zagrodził mi drogę.
-…o! Na przykład ta książka! Nie byle jaka. Unikat wart największych pieniędzy. Proszę spojrzeć na oprawę- jagnięca skóra, tradycyjnie grawerowana. Ma ponad tysiąc lat! To istne arcydzieło. Proszę dotknąć.
Nie zamierzałem tego zrobić. Przeczytałem jedynie tytuł, który wbrew woli ciągle znajdował się przed moimi oczami. „Synowie Jehowy- oprawa i uzupełnienie do pierwszego wydania Starego Testamentu”. Jak coś z takim tytułem mogło mieć ponad tysiąc lat? Tym razem bardziej zdecydowanie ruszyłem przed siebie. Niespeszony chłopak nie zatrzymał mnie, ale szedł razem ze mną a właściwie przede mną, będąc zwróconym wciąż w moją stronę.
- Proszę poczekać… proszę… ta książka na pewno pana zainteresuje. Jestem przekonany, że powinien ją pan mieć.
Nie wytrzymałem. Zatrzymałem się i spojrzałem na kupca.
- Dlaczego niby powinienem ją od ciebie kupić?
- Jestem dobrym obserwatorem. Proszę mi wierzyć. Właściwie to niech pan ją weźmie. To prezent. Tylko niech nas pan odwiedzi następnym razem. Co kwartał jesteśmy w stolicy przy tej fontannie.- tu zdawać by się mogło, że puścił do mnie oko. Wcisnął do moich rąk książkę w skórzanej oprawie, ukłonił się szybko i ruszył pewnym krokiem w kierunku stoiska.
Jehowa, Jehowa… oczywiście już spotkałem się z tym słowem. Kupiec mógł mieć więc rację. Treść może mnie zainteresować. Schowałem gruby tom do wewnętrznej kieszeni płaszcza i skierowałem się w drogę powrotną w poszukiwaniu Jorika. Nie czułem się za niego odpowiedzialny, jednak dobrze jest mieć pod ręką kogoś spostrzegawczego z kim można skonsultować swoje przypuszczenia, nawet jeśli osoba ta nie jest do końca kompetentna.
        Szedłem tą samą trasą, którą pokonałem z zamiarem dotarcia do aresztu. Mijałem znajome miejsca, jednocześnie starając sobie przypomnieć, gdzie widziałem chłopca po raz ostatni. Gdy znacznie oddaliłem się od placu z koszmarną fontanną, zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie zwracałem uwagi na przyszłego pomocnika i odkąd wyruszyliśmy spod apartamentu, nie zamieniłem z nim ani słowa. Postanowiłem więc zapuścić się jeszcze dalej, zakładając, że Jorik stracił orientację najprawdopodobniej w jednej z wąskich uliczek, tych mniej atrakcyjnych dla przejezdnych, ale znacznie ułatwiających poruszanie się po mieście mieszkańcom. Niestety z uwagi na to, że uliczki te były węższe od głównych tras, tłok na nich w godzinach porannych był znacznie większy.
W uliczce, w której postanowiłem rozpocząć poszukiwania, było wiele zakładów rzemieślniczych. Kowal, szewc, aptekarz, jeden z licznych w mieście krawców… Ten ostatni miał przed swoim zakładem znakomitą wystawę, która zawsze przykuwała uwagę swoją znakomitą kolorystyką i kompozycją. Tak się złożyło, że przed wejściem do zakładu stał jego właściciel.
- Czeka pan na kogoś?- spytałem.
- Tak… to znaczy nie. A pan to kto?
Zdjąłem szal z twarzy, gdyż prowadzenie rozmowy w ten sposób powszechnie uważane jest za niegrzeczne.
- Inspektor Nijen…
Zauważywszy, że krawiec wciągnął głośno powietrze i przez niebezpiecznie długi czas nie chciał go wypuścić, postanowiłem kontynuować.
- Czy widział pan może niedawno młodego chłopaka? Mniej więcej mojego wzrostu, w zielonej tunice z czarną opaską na ramieniu?
- Taki…eee…nie, nie widziałem. Widzi pan, z całym szacunkiem, ale jestem zajęty.
Muszę przyznać, że akurat tego nie dostrzegłem. Zauważyłem natomiast wystarczająco innych szczegółów, aby bliżej przyjrzeć się pracy krawca, gdy tylko zakończę sprawę Stańskiego.
- Rozumiem. W takim razie nie będę panu przeszkadzał. Miłego dnia.
Gdy odwróciłem się by zejść z małych schodków, o mało co nie wpadłem na starszą kobietę, która najwyraźniej czekała za mną na koniec krótkiej pogawędki z krawcem.
- Dzień dobry panie inspektorze. Chyba widziałam osobę, której pan szuka.
Nie ściągałem tym razem szala z twarzy. Zmrużyłem oczy, przyglądając jej się z niemałym zaciekawieniem i odrobiną poirytowania. Rozumiem, że chciała zaskarbić sobie przychylność wpływowej osoby, ale takie nachalne wyczekiwanie tuż za plecami było nieuzasadnione. Było to dziwne tym bardziej, że kobieta sprawiała wrażenie dość majętnej, a co często za tym idzie w parze- obytej. Choć liczne i głębokie zmarszczki na jej twarzy oraz dłoniach świadczyły o latach pracy fizycznej, to jej ubiór charakteryzował się dokładnością wykonania i wysoką jakością materiałów. Ponadto przy kołnierzu sukni widniała wytkana złotą nicią sygnatura zakładu krawieckiego Clauda. Kobieta, która stała właśnie przede mną, na pewno nie narzekała na brak pieniędzy. Mogłem więc niebawem spodziewać się listu z prośbą referencje. O ile jeszcze się nie przedstawiła to zapewne nastąpi to za chwilę.
Nieznajoma uśmiechnęła się samymi ustami jakby w odpowiedzi na moje myśli.
- A tak w ogóle to miło mi pana w końcu spotkać. Na imię mi Elenja Maelora. Tak, dokładnie z TYCH Maelorów.- mówiąc to wyciągnęła prawą rękę by się przywitać, ja jednak swoją nadal przytrzymywałem szal. Słyszałem o Maelorach. To dość duża rodzina, która nie zasłużyła się dla miasta niczym szczególnym, może poza tym, że Maelorowie lubili być w centrum uwagi, przez co stawali się zawsze tematem przewodnim rozpraw ulicznych plotkarzy. Elenja więc pewnie doniosłaby nawet na swoich bliskich, tylko po to, by uczynić swoją pozycję bardziej znaczącą.
- Gdzie pani widziała tego chłopca?- spytałem trochę zniecierpliwiony.
- Ach, tak- zabrała szybko rękę, nie okazując nawet odrobiny zakłopotania. Widziałam jak trzy przecznice dalej, niedaleko Mostu Wyzwolenia, szedł z dwoma mężczyznami.
- Jak wyglądali ci dwaj?
- Jeden był wysoki i barczysty. Ten co chwilę popychał chłopaka do przodu. Drugi z nich cały czas kaszlał i próbował coś mówić do tego, którego pan szuka.
- Coś jeszcze?
Szybkim ruchem oczu spojrzała w ziemię by znowu zwrócić je w moim kierunki.
- Nie, to raczej wszystko. Zauważyłam tylko to.
- W jakim szli kierunku?
- Szli jedną z ulic wzdłuż kanału. O ile mnie pamięć nie myli to właśnie w kierunku tego mostu.
W tej chwili poczułem słuszność decyzji jaką podjąłem. Mogłem przecież przesłuchać Rajolę sam, zakładając, że Jorik niezbyt poważnie traktuje moje zwierzchnictwo.
- Dziękuję za pomoc.- w pośpiechu nawet nie zakończyłem rozmowy należycie. Zbiegłem ze schodków i pobiegłem w poprzek ulicy, przepychając czasami przechodniów, którzy tarasowali mi drogę.
- Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy!- krzyknęła za mną, przebijając się głosem przez uliczny zgiełk.
Wolałbym jednak nie”, pomyślałem. Nie przepadałem za karierowiczami a ta kobieta bez wątpienia była jedną z nich. Na pewno nie udzieliła mi informacji z poczucia obywatelskiego obowiązku.

Udałem się we wskazanym przez Elenję kierunku czyli do mniej atrakcyjnej części miasta. Bielony bruk ulicy w miarę oddalania się od strefy rzemieślniczej, stawał się coraz bardziej zaniedbany a w pewnym momencie farba zniknęła z niego zupełnie. Robiło się też coraz jaśniej, czego przyczyną był brak luster na tamtejszych budynkach. Profilaktycznie naciągnąłem kaptur na twarz tak, aby okryć w jego cieniu także oczy. Wolałem nie ryzykować. Nawet drobne poparzenia goją się powoli.
Ponadto nawet mnie jako przechodniowi dawał się we znaki brak w tym rejonie kanalizacji. Gdybym nie trzymał się blisko ścian budynków, wylane z jednego z balkonów pomyje znalazłyby się na mnie zamiast na niepobielonym bruku. Nic więc dziwnego, że Ian pominął zupełnie szarą strefę w swojej książce. Gdyby wspomniał chociażby o istnieniu tego zapomnianego przez klasę A zakątka, uzyskanie wrażenia wspaniałości miasta w mniemaniu czytelnika, byłoby, jeśli nie niemożliwe, to o wiele trudniejsze. A w istocie władze miasta nie zajmowały się tą okolicą zupełnie i o ile nie ściągano z jej mieszkańców żadnych należności (tych w mertelach ma się rozumieć), toteż nie inwestowano w nich ani w ich otoczenie. Z punktu widzenia porządnego obywatela było to zrozumiałe. Nie rozumieli za to tego ci, których ten brak zainteresowania dotykał bezpośrednio- czuli się poszkodowani, co okazywali od czasu do czasu, dokonując kradzieży czy nawet większych rozbojów w tej atrakcyjniejszej części miasta. A warto nadmienić, że szarą strefę zamieszkiwali ci, którzy nie przejmowali się zbytnio jakością swojego życia chociaż, chyba z zasady, drażnił ich brak zainteresowania ze strony władz. Na jakiej podstawie tak surowo oceniam tych ludzi? Otóż wrażliwość na warunki, w których się egzystuje niesie za sobą w Nowym Świecie wiele konsekwencji. Można przyjąć, że w przybliżeniu wszystkie, na które pozwala wyobraźnia, poza oczywiście mieszkaniem w szarej strefie "Miasta Słońca". Gdyby którykolwiek z lokatorów tych odrapanych kamienic przejmował się swoją godnością, chwyciłby się uczciwej pracy, a tym samym zmieniłby miejsce stałego pobytu- jak nie na cywilizowaną część stolicy to na osady poza murami czy też dalej położone sektory. Widać jednak nie przeszkadza tym ludziom zbytnio smród unoszący się z rynsztoków i niepewność jutra. Dlatego im dłużej przebywałem w tym dziwnym otoczeniu, tym mniej pozytywne miałem myśli co do obecnej sytuacji Jorika.
Nie znałem chłopca długo, ale pierwsze wrażenie pozwoliło mi przypuszczać, że nie przyszedł tutaj z własnej woli. Sam nie przyszedłbym tutaj gdyby nie zmusiła mnie do tego sytuacja.
         Zbliżałem się coraz bardziej do Mostu Wyzwolenia, jednak jak do tej pory nie zaobserwowałem na ulicy niczego podejrzanego poza kilkoma grupami, złożonymi z tubylców. Niektórzy z nich oparci o mury w ciszy obserwowali okolicę, inni zajęci byli osuszaniem butelek taniego wina i żuciem tytoniu. Żaden z tych podejrzanych osobników mnie nie zaczepił. Nie byli aż tak głupi. Co nie zmienia faktu, że czułem się nieswojo. Walka w tym obszernym płaszczu z tyloma osobami naraz może i skończyłaby się dla mnie zwycięsko, ale na pewno nie wyszedłbym z niej bez szwanku.
         Doszedłem w końcu do kanału i postanowiłem iść wzdłuż niego. Po uzyskaniu informacji od Elenji uznałem, że pierwszym miejscem, do którego powinienem się udać jest prześwit Mostu Wyzwolenia. Mało finezyjna kryjówka. Jednak nigdy tych ludzi nie posądziłbym o nadmiar finezji. W ich przypadku najprostsze wnioski okazywały się zwykle jak najbardziej trafne.
Kanał, tak jak i cała dzielnica, nie był zbyt przyjemnym miejscem, gdyż płynęła nim rzeka wraz ze ściekami z całego miasta. Nie otaczały go żadne budynki, więc ogrzewające strumień słońce wzmagało odór. Cieszył się mimo to niemałym zainteresowaniem tych, którym zależało na dyskrecji. Nie była to bynajmniej zasługa jedynie ludzi, którzy w istocie rzadko posuwali się do zdrady kolegów z szajki, ale samej lokalizacji. Słońce za dnia oświetlało to miejsce tak intensywnie, że mnie podobni, odwiedzali to miejsce przeważnie nocą, o ile w ogóle zaistniała taka konieczność. A w służbach, którym zależało na zaszkodzeniu tym ludziom, pracowali w stolicy jedynie przedstawiciele klasy A. Stąd też pod pewnym względem stawaliśmy się w swoim postępowaniu przewidywalni, a tamci przynajmniej za dnia mogli czuć się względnie bezpieczni. Oczywiście nie dziś, o ile nie zorganizowali spotkania wszystkich członków podziemia.

Im dłużej przebywałem w okolicach kanału tym bardziej rozumiałem niechęć pozostałych pracowników organu sprawiedliwości do prowadzenia spraw w tym regionie a moja pewność siebie malała. Promienie odbijające się od tafli gęstej brei sprawiały, że po kilkunastu minutach przyglądania się wnętrzu koryta kanału, poczułem nieprzyjemne pieczenie na nieosłoniętej części twarzy, które wzmagało się z każdą kolejną minutą.
Gdy tylko zobaczyłem Most Wyzwolenia, od razu zszedłem po wąskich schodach do prześwitu. Niestety nawet odrobina cienia nie przyniosła mi już całkowitej ulgi.
         Mrużąc łzawiące oczy rozejrzałem się wokół. Rozrzucone sterty siana i znajdujące się gdzieniegdzie brudne zgniecione szmaty świadczyły o tym, że przedświt mógł stanowić miejsce noclegu. Byłem pełen podziwu, że któryś z tych brudasów uznał, że odrobina świeżego powietrza jest lepsza, niż zaduch w podziemiach pod kanałem.
Pomiędzy prymitywnymi posłaniami, w kamiennej podstawie mostu, dostrzegłem drzwi. Pociągnąłem za nierówny brzeg zbitego z desek skrzydła. Nie były zamknięte- widać uznali, że o tej porze, w tym miejscu czujność jest zbyteczna. Od razu uderzyła mnie woń stęchlizny.
         Zszedłem po schodach najciszej jak było to możliwe. Gdy znalazłem się na dole, okazało się, że nie muszę już prowadzić dłużej poszukiwań. W ciemnym tunelu rozbrzmiewał co chwilę dźwięk głośnego kaszlu. Podziękowałem w duchu swojej intuicji i ruszyłem przed siebie. Z natury w ciemnych pomieszczeniach widziałem bardzo dobrze, ale przez długotrwałe nastawianie wzroku na działanie promieni słonecznych, widziałem podwójnie. Poza tym to ciągłe łzawienie- było nie do wytrzymania. Nagle, gdy chciałem dać kolejny krok, poczułem lekkie szarpnięcie za poły płaszcza. Nie zdążyłem nawet sprawdzić co jest tego przyczyną, bo od razu usłyszałem huk metalu spadającego na kamienną posadzkę.
„Cholera” Przylgnąłem szybko do jednej ze ścian. W samą porę, bo drzwi na końcu korytarza uchyliły się, wypuszczając, ze znajdującego się za nimi pomieszczenia, drgające światło świecy.
Usłyszałem dwa pytania wypowiedziane grubym męskim głosem, które w swojej intonacji brzmiały jak: „Kto tam? Kto tam jest?”. Tego mogłem się jednak tylko domyślać, bo w rzeczywistości nie rozumiałem ani słowa. To nie był ‘nasz’. Stary język raczej też nie. Nie znałem go dobrze, ale potrafiłem się w nim w miarę dobrze porozumieć. Może to jakaś tutejsza nowa gwara? Nieważne. Postanowiłem skupić się na ciągłym pozostawaniu poza zasięgiem światła.
W pewnym momencie padły kolejne słowa, wypowiedziane tym razem w starej mowie.
- Kto tam jest się kurwa pytam!- tu zawtórował pytającemu kaszel z głębi pomieszczenia.- Hej, Chudy, idę sprawdzić co tam się dzieje a ty pilnuj gówniarza.
Wysoka, potężnie zbudowana postać wyszła na korytarz. Ja za to niewiele mogłem w tym stanie zrobić. Jedyne co mi pozostawało to podstęp albo mogłem też zostawić chłopaka na pastwę losu. Postanowiłem zaryzykować. Sięgnąłem do paska munduru po sztylet, który na wszelki wypadek zawsze noszę przy sobie. Sprawdziłem wszystkie szlufki przy pasku i kieszenie. Nie było go. Musiał mi wypaść w drodze. Na krótką chwilę ogarnęła mnie panika. Na szczęście udało mi się opanować. W samą porę.
Gdy o głowę wyższy ode mnie bandyta, zbliżył się na odległość dwóch kroków, ciągle wpatrując się bezmyślnie w mrok, chwyciłem metalową łyżkę, która upadła wraz z innymi naczyniami, gdy niezgrabnie przedzierałem się przez korytarz. Prawie jednocześnie bezszelestnie przetoczyłem się po ścianie za plecy wielkoluda i wplotłem swoją lewą rękę pomiędzy jego przedramiona żeby odebrać mu możliwość manewru. Zanim zorientował się co się dzieje, obróciłem go tak, abym sam znalazł się ponownie w ciemności. Jedną nogę zaparłem o kamienny filar, podtrzymujący strop, by móc szybko wykonać kontratak gdybym stracił stabilność przez to, że dla zachowania pozorów, stałem na palcach. Drugą ręką przyłożyłem mu do gardła zimny uchwyt łyżki.
 - Ani się waż krzyczeć.- wyszeptałem mu do ucha. Zaryzykowałem, ale najwyraźniej znał też ‘nasz’. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
Groteskowość sytuacji ubawiłaby zapewne niejednego, o ile byłby jej obserwatorem. Po szybkim oddechu i strużkach potu, które spływały po karku olbrzyma, dało się wywnioskować, że był przekonany o tym, że kawałek metalu przy jego krtani to ostrze.
- Wrócisz teraz do swojego kolegi i powiesz, że nikogo nie spotkałeś.- wycedziłem tuż przy jego policzku.- Przekonasz go, że chłopak nie jest wam już potrzebny i możecie go wypuścić, żywego. Wyprowadzisz go sam, na zewnątrz, a później wrócisz do podziemi zamykając za sobą drzwi. Zrozumiano?
Olbrzym gorączkowo pokiwał głową.
- Nie próbuj żadnych sztuczek. Nie jestem sam. W pobliżu kręci się jeszcze trzech strażników.- poczekałem chwilę, żeby dotarło do niego to co dopiero usłyszał.
-Idź.- wypchnąłem go do przodu, zapierając się jeszcze mocniej nogą o filar. Sam odbiłem się w przeciwnym kierunku i ukryłem bliżej schodów za dużymi skrzyniami.
Mogło się udać bądź też nie. Najbardziej prawdopodobne było, że wielkolud da drugiemu znak, że ktoś złożył im wizytę a w takiej sytuacji mogą albo podjąć walkę, w której wyjątkowo szanse miałem niezbyt wielkie, albo zabić chłopca i uciec lub po prostu dostosować się do wytycznych. Możliwości było wiele, a to, którą wybiorą, będzie zależeć tylko od tego, na ile są inteligentni, jak dobrzy są w walce no i od tego, jak wiele szczęścia dostałem w przydziale tym razem.
Olbrzym wrócił ze zwiadu na swoje miejsce. Zza drzwi zaczęły docierać do mnie jedynie odgłosy wartkiej dyskusji w obcym języku i donośnego kaszlu.
Gdy umilkły po dość długim czasie, drzwi otworzyły się ponownie i wyszedł z nich wielki bandyta trzymając za ramię Jorika. Ciągnął go w kierunku schodów, rozglądając się przy tym niepewnie. Po chwili obydwaj przeszli obok mnie. Zgodnie z moimi instrukcjami wielkolud odprowadził chłopaka na zewnątrz, po szczęknięciu metalu wywnioskowałem też, że zamknął prowizoryczne drzwi… na klucz? Nie był to jednak duży problem. Później zbiegł ze schodów i wrócił do pomieszczania, z którego całkiem niedawno wyszedł. Nie wyglądałem spoza skrzyń a jedynie nasłuchiwałem.
Odniosłem wrażenie, że bandyci nie rozmawiali już ze sobą. Dobiegło mnie tylko trzaśnięcie drzwi i tupot oddalających się kroków. Widocznie woleli udać się do wyjścia w głębi kanałów. W końcu dźwięki ucichły.
Nie mogąc uwierzyć, że trafiłem na bandytów, którzy nie zaczęli się zastanawiać nad tym, dlaczego służby porządkowe po prostu nie wpadły do ich kryjówki i nie zrobiły rozróby, wstałem z zimnej posadzki i udałem się ku wyjściu.
- Jorik! Jorik! Jesteś tam?
- Tak, wielmożny panie.
- Odsuń się od drzwi.- nie oczekując potwierdzenia wykonania polecenia, odbiłem się mocniej od ziemi i wyważyłem drzwi. Jak się spodziewałem, nie były zbyt wytrzymałe. Całe skrzydło opadło na kamienny bruk, łamiąc się na trzy nierówne części.
Odnalazłem wzrokiem chłopaka. Nie wyglądał nawet na poturbowanego, miał jedynie czerwony ślad po dłoni na policzku.
- Rajolę odwiedzimy w areszcie jutro. Dzisiaj wracamy do apartamentu.- powiedziałem naciągając kaptur na głowę.- Musisz mi pomóc. Znasz dobrze miasto, prawda?
- Ttta..tak, panie.- do chłopaka ewidentnie nie dotarło jeszcze, że już po wszystkim.
- Poprowadź nas do pałacu jak najkrótszą drogą. I najlepiej jak najmniej oświetloną. Dasz radę?
- Tak, oczywiście.- nagle ocknął się i wyprostował, jakby dostał właśnie jakąś ważną misję.
Hm… tak naprawdę była ważna. Od jej wykonania zależeć będzie czy faktycznie będę w stanie wypytać Rajolę o szczegóły jutro czy może odważę się wychylić z apartamentu dopiero za tydzień.
Ostatecznie zmusiłem się do wyjścia po schodach ponownie ponad kanał. Wcześniej podrażnione oczy zaczęły piec i łzawić z podwójną mocą. Na szczęście Jorik przejął się swoją rolą na tyle, że zapomniał o konwenansach i szarpnął mnie z całej siły za rękaw.
- Proszę za mną. Tędy.- powiedział wskazując kierunek.

6 komentarzy:

  1. Akcja wciąż ciekawa. Wczytałem się mocniej w tekst i rzeczywiście pośród opisów otoczenia i akcji są wciąż zdania o nieco szorstkiej składni lub powtórzeniach. Z powtórzeń najbardziej rzuca się: "...przy MOJEJ silnej pozycji, nie jest w MOJEJ mocy kierowanie do celi...". Kolejne zdanie, które przytoczę jest dopiero ciekawe: "Nie speszony chłopak nie zatrzymał mnie, ale szedł razem ze mną, a właściwie przede mną, starjąc się biec tyłem" :). Trochę zgłupiałem. Pomijając podwójne "nie" to zdanie totalnie dezinformuje czytalnika, bo w końcu nie wiem czy chłopak po "nie zatrzymaniu go" szedł razem z nim, czy raczej przed nim, czy może jednak biegł tyłem? :). Reszta błędów to drobiazgi: 1. "...poczułęm lekki szarpnięcie za poły płaszcza" - "lekkie". 2. "Tak wielmożny panie" - przecinek.
    Miasto o nazwie Nowy Świat to bardzo wielopłaszczyznowe miejsce, posiadające swoją historię, topografię, technologię, podziały społeczne, wielokulturowość, wierzenia, ruch oporu itd. Postaraj się jednak, aby czytelnik nie odczuł, że zdobywanie informacji o wykreowanym przez Ciebie uniwersum, to kluczowa rzecz w opowiadaniu i umieszczaj je w taki sposób, żeby dotyczyły tego, co akurat się wokół bohaterów dzieje. Nie jest pod tym względem źle, po prostu taka rada...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Niespeszony chłopak nie zatrzymał mnie, ale szedł razem ze mną, a właściwie przede mną, starając się biec tyłem"
      Ok, poprawiłam to zdanie odrobinę. Mam nadzieję, że jest mniej dezinformujące.
      "Niespeszony chłopak nie zatrzymał mnie, ale szedł razem ze mną a właściwie przede mną, będąc zwróconym wciąż w moją stronę."
      "Nie" jest podwójne, ale w jednym przypadku występuje jako część wyrazy (przysłówek odprzymiotnikowy), więc wg mnie nie rzuca się jakoś drastycznie w oczy.
      Powtórki "mój", "moje" oraz inne błędy poprawiłam w miarę możliwości. Dzięki za zauważenie, chociaż obawiam się, że mogło zostać tam tego jeszcze trochę.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Małe sprostowanie: "Nowy Świat" to z założenia nie miasto a państwo, które obejmuje całą Ziemię. Jeśli w tekście jest coś, co sugeruje, że jest inaczej, byłabym wdzięczna za wskazanie tego.

      Usuń
  2. A widzisz, to teraz już wiem :). Na przykład czytając ten fragment: "Na jakiej podstawie tak surowo oceniam tych ludzi? Otóż wrażliwość na warunki, w których się egzystuje niesie za sobą w Nowym Świecie wiele konsekwencji. Można przyjąć, że w przybliżeniu wszystkie, na które pozwala wyobraźnia, poza oczywiście mieszkaniem w szarej strefie miasta. Gdyby którykolwiek z lokatorów tych odrapanych kamienic przejmował się swoją godnością, chwyciłby się uczciwej pracy, a tym samym zmieniłby miejsce stałego pobytu- jak nie na cywilizowaną część stolicy to na osady poza murami." - można pomyśleć, że słowa "miasto", "Nowy Świat" czy "stolica" - używane są przez ciebie w opisach jako synonimy. A może ja się zbytnio wszystkiego czepiam? Sam nie wiem. Apropos, jak się nazywa to miasto?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tej uwadze jest. Zastanowię się czy tego też nie zmienić.

      A to miasto to "Miasto Słońca"

      Usuń
    2. Miałeś rację. Dopisałam kilka słów i powinno być w porządku.

      Usuń