czwartek, 18 lipca 2013

I cz.2

Błotnista pokrywa nieutwardzanej drogi, tak charakterystycznej dla naszych czasów, nie pozwalała na swobodny spacer ani mnie, ani tym bardziej otyłemu kompanowi, dla którego zakres widoczności mieścił się zaraz za powiekami. Tej nocy bardzo brakowało księżyca.
Maszerowaliśmy tak bez słowa, dopóki dźwięki pijackiej zabawy, dochodzące z Lewiatana, nie ucichły zupełnie. Nagle zrobiło się całkiem przyjemnie. Poczułam, że wszystkie zmartwienia zostały za mną a ze mną jest tylko wilgotny jesienny wiatr o nucie nocy, który chłodził twarz i oczyszczał umysł przy każdym wdechu. To działało lepiej niż narkotyk. Lepiej niż prawdziwa ludzka krew.
Poza tym ta aura. Wokół rozciągające się po horyzont pola i noc, a w tle... postękiwania Mendelewa. Nagle zostałam wyrwana z błogostanu. Spacer z drugą osobą, a tym bardziej z przedstawicielem klasy B, nie jest tym co można potraktować jako rozrywkę. Ta reguła sprawdza się zawsze.
Mendelew nagle się zatrzymał. Oparłszy dłonie na udach głośno próbował zaczerpnąć oddech.
- Zatrzymajmy się…na chwilę- wysapał.
Wyglądał źle. Moja wina- szłam za szybko, a on za dużo pił i za dużo jadł.
- O czym chciałeś mi powiedzieć?
- O tym… o tym…ekhm. O tym, że ktoś ze stolicy… niedługo obejmie pani stanowisko.
- Kto?
- Nie wiem- wyprostował się i wziął głębszy oddech- Ale wiem za to, że wybiera się do Azylu inspekcja.
- Przecież inspekcje zdarzają się wszędzie co jakiś czas.
Mendelew tylko pokręcił głową. Nie mógł zrozumieć jak ktoś tak niekompetentny mógł dostać sektor do zarządzania.
- Nie mówię o inspekcji z Biura Głównego, która normalnie czekałabym panią za 3 miesiące. Mówię o inspekcji z nakazu Sądu Najwyższego. 
Doznałam skurczu. W okolicy mostka. Silnego. Przed oczami zrobiło mi się ciemno a jeszcze przed chwilą widziałam przecież wszystko. Poznałam nowy rodzaj emocji, który towarzyszył tym, którzy muszą sobie radzić samodzielnie w tym świecie. Do tej pory był tylko niepokój. Teraz doświadczyłam strachu.
- Ale… ojciec…- wyjąkałam- Ojciec nie pozwoli. Nie mogą!
- Pani ojciec już nie ma nic do powiedzenia w tej sprawie. Odszedł na emeryturę. Jest już pozbawiony wszelkich wpływów.
- Jak to na emeryturę?! Ma dopiero 360 lat!
- Zasłużył się. Jak to ujęli w piśmie ze stolicy: „Za wyjątkowe zasługi w walkach o równy byt z ludzką rasą, odesłany na spoczynek”
Mówiąc o „równym bycie” doradca aż zaśmiał się w duchu. Nikt nie walczył wtedy o równość. Walki toczyły się o władzę, ale nikt o tym nie mówi teraz wprost. Młodym nie- ludziom wtłaczane są do głów szczytne ideały: honor, nieugiętość, wola przetrwania w świecie, do którego zagnał ich ślepy los. Wśród ludzi natomiast, historia przekazywana ustnie, przyjmuje zupełnie inną formę, w której nie ma mowy
o porozumieniu, dobrej woli i szczytnych celach.
- A matka? Też jest w wojsku, niech się wstawi!- to chyba też było uczucie do tej pory mi nieznane. 
A nazywa się je paniką.
- Matka? Co pani, z całym szacunkiem, zdurniała?- Mendelew wiedział, że w normalnej sytuacji zwracając się do kogoś z klasy A w ten sposób, straciłby głowę. Ale to było dziecko. Spanikowane dziecko zresztą, do którego zaczynało docierać właśnie po raz pierwszy w życiu, że może liczyć tylko na siebie. Rodzice wojskowi, córka miała więc od początku lepiej niż zwykli obywatele Nowego Świata a nawet klasie A nie było lekko wbrew pozorom bez znajomości. Ta oto siksa właśnie w ten sposób dostała do zarządzania sektor. W teorii nie musiałaby się dzięki temu martwić o utrzymanie do końca bardzo długiego życia. Doświadczenie jednak uczy, że nawet łatwy start jest warty całe nic, jeśli nie ma się wiedzy, bezpośrednich układów i siły przebicia.
- Matka już sobie przez panią tyle długów narobiła, że w ciągu ostatniego roku zdegradowano ją z pułkownika do poziomu sierżanta.
Patrzyłam przerażona na grubego opijusa. Przecież umrę z głodu. Jak nic umrę z głodu. Inspekcja, która ma przybyć, prawdopodobnie ma wykazać jakąkolwiek nieprawidłowość w funkcjonowaniu sektora i już wtedy przestanę widnieć w dokumentach jako podwładca. A trzeba być ślepym albo idiotą, żeby nie zauważyć, że sektor w ogóle nie funkcjonuje prawidłowo. Nie mam posłuchu. Kłaniają się przede mną jedynie dzieci przyzwyczajone do poprzednich zarządców. Wiedzą, że tak trzeba. Starsi natomiast potrafią obserwować i wyciągać wnioski.
Co mam zrobić? Zastraszyć doradcę? Że urwę mu głowę? Nawlokę na pal? Że ma mi w tej chwili służyć słuszną radą, bo wyrżnę pół sektora? Inni tak robią. Ale ze mnie uszedł właśnie cały hart ducha i poczucie wyższości, które tliły się jeszcze, gdy byłam w Lewiatanie.
- No!- pociągnął dużego łyka z metalowej piersiówki- Trzeba być albo ślepym, albo idiotą, żeby nie zauważyć nieprawidłowości w tym sektorze. A wystarczy to, że ludzie pani nie szanują. Nikt się pani nie boi. Nawet mnie się przez to dostaje. Już każdy wie, że jestem doradcą.- zwrócił głowę przed siebie w mrok jakby chciał spojrzeć nostalgicznie.
-Chodźmy. To prawdopodobnie mój… nasz ostatni spacer z Lewiatana.

Musiało być już po północy kiedy doszliśmy do wysokiego ostrokołu. Bramy były zamknięte, 
a charakterystyczna łuna, bijąca z licznych lamp i pochodni, ustąpiła gęstej nocy. Po obu stronach bramy na palisadzie służbę pełnili wartownicy. Zgodnie z wymogami mieli na sobie długie czarne szaty i kusze na plecach. Na twarzach maski. To tradycyjny strój wartowników- obserwatorów. Relikt sprzed czasów wojny, kiedy kryliśmy się przed ludźmi. Wprawdzie od ludzi nie różnimy się szczególnie. Anatomicznie prawie w ogóle. Zewnętrznie zdradza nas natomiast to, że nie posiadamy naturalnej ochrony przed słońcem. Nasi uczeni mówią, że to przez to, że na naszej ojczystej planecie źródłem światła było coś co na Ziemi nazywane jest księżycem. Mamy bardzo jasną cerę, białe włosy a źrenice wielkości ludzkich tęczówek, których zresztą my nie mamy w ogóle. Da się nas więc poznać. Stąd maski, stąd długie szaty.
-Otworzyć bramę!- ryknęłam, a właściwie krzyknęłam. W każdym bądź razie mój ton głosu,
wbrew wysiłkom, wbrew całej skupionej woli, prawdopodobnie nie robił wrażenia. Obserwatorzy ani drgnęli, ale w ich przypadku tak nakazywał regulamin. Tylko wrogi atak mógł ich wzruszyć.
Brama zresztą też ani drgnęła. Nikt nie potwierdził przyjęcia rozkazu. Nikt nie pojawił się w okienku w bramie.
Zerknęłam w fali złości i wstydu na Mendelewa, który rechotał, trzęsąc wszystkimi podbródkami. Ta wódka jest dla nich chyba czymś zbawiennym. W tej chwili miałam nawet ochotę zaryzykować i spróbować. A co mi tam- najwyżej wykręci mnie z bólu w agonii.
- Masz coś jeszcze w tej swojej manierce?
- To piersiówka- zerknął na mnie podejrzliwie- Niech pani patrzy, raczyli wyjść psubraty- poderwał się nagle wskazując palcem w kierunku palisady. Odetchnął z ulgą natomiast prawie niesłyszalnie pomimo entuzjazmu.
Faktycznie dało się słyszeć skrzypienie drzwiczek w bramie ostrokołu. Wysunął się z nich na oko 10- letni chłopiec w stalowych ciężkich okularach, przysłaniających połowę jego głowy. Ledwo trzymał się prosto, starając się zidentyfikować przybyszów.
- Pani Nöll? Czy to pani Nöll?- podbiegł kilka kroków, zabawnie wyciągając przed siebie głowę. Przytaknęłam. Prawdopodobnie widział w ciemności dość dobrze dzięki temu ustrojstwu na nosie.
- Tak, to ja.
- Najmocniej panią przepraszamy za zwłokę. Proszę, proszę wejść przez te drzwi.
Przeszłam przez wysoki próg na drugą stronę bramy. Za mną wgramolił się Mendelew. Azyl spał. Jego strażnicy najwyraźniej też.
- Ej, mały. Gdzie straże bram?
- W pani siedzibie.
- Gdzie?!
Nie zdążyłam nawet spróbować zbesztać chłopca. Atak spazmatycznej złości, która wezbrała we mnie w przeciągu ułamka sekundy, złagodziła ponowna ciemność przed oczami. Ale tym razem ta ciemność miała związek z silnym pulsującym bólem z tyłu głowy. Ani się obejrzałam jak skołowana klęczałam w błocie. Nagle poczułam silne szarpnięcie. Jakieś silne ręce postawiły mnie na nogi i związały nadgarstki. Ta sama osoba złapała mnie mocno za włosy. Na szyi poczułam zimno metalu i lekkie pieczenie.
- I co diabelska kurwo? Idziemy!- pchnięcie do przodu i zaczęłam stawiać bezładne kroki.
- Mendelew?!
- Tej świni już dawno tu nie ma.
- Co mu zrobiliście?
- My? Nic. Poszedł chlać do dworu z resztą towarzystwa. Hajda do przodu! Nie mamy całej nocy. 

Budynek oświetlały pochodnie. Poprowadzono mnie na dziedziniec, gdzie ścisnęli się ważniejsi mieszkańcy Azylu. Większość była już pijana w sztok. Gdy mnie zobaczyli, miejscowa kapela nagle przycichła 
a głowy obecnej ludności zwróciły się w moim kierunku. Popchnięto mnie, z całej siły tym razem, tak że wylądowałam twarzą na ziemi. Podniósł się wrzask. Polewano się piwem i winem. Ze straszliwego wycia wyróżnić się dało jakieś krzyki o zwycięstwie. Nawet psy krążące pomiędzy stołami zaczęły ujadać. Byłam skołowana. Dźwięki zwane przez ludzi przeciętnym hałasem są dla mnie nie do wytrzymania. To co słyszałam teraz przygniotło mnie w bólu do ziemi.                                                  
- Ci… ciiii…!- dobiegło nagle sponad bezładnie poruszających się stóp. Widziałam jak zataczają kręgi 
i ryją w klepisku. Zmrużywszy oczy czekałam tylko na moment, w którym dostanę kopniaka w twarz.    
- Ci…ciiiszaaa!- rozbrzmiał głos donośny, choć mało trzeźwy. Zebrani umilkli.
-To tylko bitwa! Bitwa, drodzy pa-aństwo! Bóóóg nam sprzyjał! To próóbaa! Tak w Piśmiee stoi! Ale...ale…- tu zatoczył się nad wyraz niebezpiecznie- wygramy! Wooojne wy…wygramy! Z samym Szatanem! Z jego demonami! Bó…Bóg z namiiii! 
Rozległo się wycie podobne do tego, które słychać było poprzednio. Rozchyliłam lekko oczy, żeby pomimo oporów ciała spróbować zobaczyć co się dzieje. Zdążyłam zauważyć tylko jak krzykacz podchodzi jeszcze bliżej mnie. Poczułam nagle straszne ciepło na twarzy. Doczekałam się uderzenia. Nie wiem za co….naprawdę nie wiem. Chyba… chyba się rozpłakałam. Niespodziewanie zaczęło mną rzucać, zaczęłam łkać. Jak wtedy kiedy wyjeżdżałam z domu, kiedy zdałam sobie sprawę, że chociaż niczego nie umiem, będę musiała zacząć zarządzać nie tylko sobą, ale i tymi wszystkimi ludźmi tutaj dookoła. I że nikt mi nie pomoże. Nikt mi nie doradzi z dobroci serca.
-I co, psie nasienie?! Tfu!- tak, napluł na mnie. Co za sukinsyn. Starałam się zapanować nad ciałem, ale zduszony szloch powodował, że rzucało mną coraz bardziej.                                                          
-Pa-paatrzecie! Śmieje się z was suka! Chło-opcze!- skinął na tego samego 10-latka, który otworzył mi drzwi w ostrokole- I-idź po wodę święconą. Szybko!                                                                       
Odechce ci się zaraz śmiać pomiocie!               
- Taaak! Wodą święconą!- dało się słyszeć z tłumu.                                                                           
Chłopak pobiegł i wrócił po chwili z wiadrem wody, jakby był przygotowany na tę okoliczność dużo wcześniej. Krzyczący nade mną pijak złapał wiadro i wylał na mnie jego zawartość z dziką satysfakcją. Woda była zimna. Nie wiem co miało się ze mną stać według tego chłopa, ale zawartość wiadra przyniosła mi ulgę. Przestało mną trząść. W ogóle przestałam się ruszać. Przylgnęłam do ziemi jakby miała przynieść mi wybawienie.                                                                                     
-Ha!- pijak zatoczył się pokazując mnie palcem w chwili życiowego tryumfu- patrzcie jak ją potraktowało. Aaaż się ruszać nie może! Kuuurwa jej mać! Tfu!                                                           
Z tłumu wzbił się ryk. 
Nagle czyjaś ręka pociągnęła mnie za włosy i wyjęła głowę z błota. Otworzyłam lekko oczy. To był Mendelew. Przyjrzał mi się badawczo i zostawił ponownie samą sobie przez co powtórnie runęłam twarzą w breję. Już wszystko było mi obojętne. Mogli mnie nawet zabić na tym placu. Nie wzruszyło by to mną zupełnie.
-Dobra, wystarczy. Zabierzcie ją do środka!- doradca skinął na dwóch dryblasów stojących przy drzwiach.
Wzięli mnie pod ręce i wciągnęli do dworu. Czułam jak kolana obijają mi się o schody. Próg jeden, drugi… Usadził mnie na krześle, ktoś oplótł razem z oparciem ciasno sznurem. Zmusiłam się żeby podnieść głowę. Może jednak mnie nie zabiją, przynajmniej na razie.

Zostawiono mnie na środku jednego z pokoi gościnnych na piętrze. Pomimo, że na zewnątrz nadal rozbrzmiewały dźwięki zabawy, w samym budynku wydawało się być zupełnie cicho. Tylko od czasu do czasu wrażliwy słuch pozwalał na rozpoznanie odgłosów kroków i rozmów, prowadzonych szeptem.
Okna były zamknięte i osłonięte zasłonami, na których dość niewprawnie wykreślono krzyże. W taki sam sposób ozdobiono drzwi. W pomieszczeniu panowała aura grozy.
Głupi wieśniacy. W co oni tu wierzą? Jakie gusła odprawiają?
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że otaczają mnie tylko ludzie. Co stało się z pozostałymi mieszkańcami Azylu z mojej rasy? Co stało się z moimi pokojówkami, strażą, klucznikiem…? Ludzie nie byliby w stanie ich zabić. A więc... uciekli?
Siedząc odrętwiała na krześle, zadawałam sobie w kółko te same pytania. Stan odrętwienia, stan nadzwyczaj krótkich godzin w zawieszeniu pomiędzy snem i jawą, mogłyby zmącić tylko świadectwa czyjejś obecności. Natomiast dom tej wyjątkowej nocy zdawał się być pusty. Codzienny gwar służby, mieszkańców Azylu i przybyszy z najbardziej odległych zakątków sektora zastąpiła cisza przesiąknięta hipnotyzującym szumem, pochodzącym z dziedzińca.
Z transu wybudziły mnie wyraźne dźwięki kroków zmierzających w górę schodów i wzdłuż korytarz na piętrze. Gdy ucichły, rozpoczęła się rozmowa ze strażą, która widocznie przez cały ten czas odbywała wartę pod drzwiami.
Wpuśćcie mnie. Muszę z nią porozmawiać.
Nie, nie możemy. To diabeł.
No chyba nie wierzycie w te zabobony wieśniaków?
- A dlaczego mamy nie wierzyć? U nas od zawsze mówią, że to diabły. A jak nie diabły to co innego?
- Nie dyskutuj. Wpuśćcie mnie. Idę tam na własną odpowiedzialność.
W wejściu do pokoju ukazał się Mendelew. Strażnik ponaglił go ruchem ręki i szybko zamknął za nim drzwi.
Musiał być dzień. Już od dawna. Doradca wyglądał trzeźwo pomimo ciemnych otoczek wokół małych oczu. Rozejrzał się po pokoju. Prawdopodobnie z powodu wystroju wnętrza, otłuszczona twarz zdradziła rozbawienie właściciela. Mendelew wziął z kąta wzorzysty zydel i usiadł naprzeciwko mnie.
- Głodna jesteś?
Uniosłam lekko głowę.
- Będziesz musiała przecierpieć. Wieśniacy zdemolowali ci całą piwniczkę luksusowych zapasów a sztucznej w obrębie Azylu też już raczej nie dostaniesz. To tak w ramach zapowiedzi.- patrzył na mnie szczerze rozbawiony. Zniknął zupełnie cień służalności z jego tonu. Już nie byłam „panią”. Ale przynajmniej nie byłam też „potworem”.
- A teraz powiem ci jak uniknąć przywiązania do tego pala co stoi na dziedzińcu.
Tym razem wyprostowałam się. Musiał zauważyć zaciekawienie w moim zmęczonym spojrzeniu.
- Tak, chcą cię przywiązać do pala na parę dni. Chłopi są głupi. Żaden z nich ani czytać ani pisać nie potrafi. Aż dziwne, że się przynajmniej waszego języka nauczyli. Ale wiedzą, że jak się któregoś z was wystawi na wystarczająco długi czas na słońce to poparzenia jeśli was nie zabiją to przynajmniej porządnie okaleczą. Zgadza się?
Otworzyłam usta, ale nie chciałam już nic mówić. Jedyne co przychodziło mi do głowy to banalne „dlaczego?”, ale chyba nie miało to już znaczenia. Widać mieli swoje racje, które były dla nich niepodważalne. Skrzywiłam się i pokornie wbiłam wzrok w podłogę, co Mendelew uznał za odpowiedź.
- Tak więc, kontynuując mój wywód…- znów pobłądził oczami po otoczeniu jakby czegoś szukał. W rzeczywistości chyba jednak podziwiał kreatywny rozwój folkloru- nie jesteś idiotką. Brakuje ci jednak pewnego… hm… doświadczenia… obycia? To ważne cechy. Dlatego na twojej śmierci nikt zbytnio nie straci, a gawiedź za to będzie miała dużo rozrywki, patrząc całymi dniami jak skwierczysz. Zaraz… patrząc, jak sam diabeł skwierczy. To brzmi jeszcze lepiej. Z tego właśnie powodu nie łudź się, że unikniesz mąk, nie wykazując się żadną inicjatywą.
Po tym monologu widać oczekiwał odpowiedzi. Po chwili ciszy pociągnął spory łyk z piersiówki. Wbił wzrok we mnie i pokiwał głową. Następnie wstał by otworzyć okno. Zaduch był nie do wytrzymania.
-Co…ekhm… co mam zrobić?- zapytałam, widząc, że mój były doradca nie ma zamiaru kontynuować, jeśli nie zacznę brać aktywnego udziału w rozmowie.
-Tak myślałem, że łatwo cię przekonać. Jakby to ode mnie zależało to uniknęłabyś nawet uczestniczenia w tej żałosnej zabawie. Ale jak wiesz, oni- skinął głową w kierunku drzwi- lubią dobre widowisko. Poznałaś namiastkę ich monotonnego życia. Powinnaś zrozumieć.- kolejny łyk wódki.
-Ale do rzeczy. W drodze z Lewiatana wspominałem ci o inspekcji jak zapewne pamiętasz. Wystarczy, że udasz przed nimi, że wszystko jest w porządku. My w odpowiednim czasie zrobimy swoje. Nie musisz wiedzieć więcej.
Decyzje podejmowane w atmosferze zagrożenia, bardzo rzadko są właściwe. No bo jakże racjonalna i opanowana musiałaby być istota, która w takiej chwili potrafiłaby podjąć tę słuszną? Jakże szlachetna w głębi swojego serca musiałaby być, żeby podczas ucieczki z celi śmierci myśleć o losie współwięźniów, na których spadnie jarzmo kary? Otóż istota taka zadziwić mogłaby swoją przeciętnością w każdym z wymienionych aspektów, ale nawet z nią nie mogę się równać, godząc się na postawione przede mną warunki. Odetchnęłam głębiej kilka razy jakby słowa, które wypowiem miały być ostatnimi słowami mojego życia. Ciało już wtedy wiedziało, że zmieni się wszystko.
- No i?- Mendelew usiadł ponownie na stołku.
- Zrobię jak chcecie.
- Całe szczęście. Oddychałaś przez moment tak, jakbyś miała zaraz poprosić, żeby wyprowadzić cię na zewnątrz. A ja widzisz, wolałbym nie. Wrażliwy jestem a taki piękny słoneczny dzień dzisiaj. Szkoda go psuć nieprzyjemnymi scenami.- szarpnął zasłony i wpuścił słabe promienie popołudniowego słońca do pokoju. Świeże, choć nagrzane powietrze, wypełniło pomieszczenie.
- Proszę. Od razu lepiej. No to skoro twoje warunki bytowania uczyniłem już w miarę przyzwoitymi, pozwolisz, że udam się przekazać dobre wiadomości pozostałym. Do wieczora.
- Zaczekaj! Nie rozwiążesz mnie?
- Wieczorem. Jeszcze wyfruniesz przez okno albo co…- mrugnął w moim kierunku i wyszedł zanosząc się śmiechem.
Strażnicy szybko zamknęli za nim drzwi.





3 komentarze:

  1. No już trochę więcej wiem :). Ogólnie podoba mi się pod względem fabularnym, akcja jest ciekawa i wciąga. Jesteś inteligentna i masz duży zasób, nie tylko słów, ale i rozwiązań fabularnych, instrynktu odpowiedzialnego za ubieranie akcji w odpowiednie sceny, postacie i dialogi. To kwestia czasu, kiedy nabierze to wszystko kolorów i wzbije się na wyższy poziom. Póki co brakuje trochę plastyczności, kolorytu w przedstawionym świecie. Także postacie są, mimo niezłej budowy charakterologicznej, trochę płaskie pod względem wizualnym. Postaraj się robić akapity, bo wygodniej się czyta. Wyłapałem dwa błędy: 1. "...uszedł cały hard ducha..." - powinno być "hart". 2. "W co oni w tu wierzą" - o jedno "w" za dużo. Czasem też brakuje przecinka przed niektórymi "a". Będę czytał dalej, bo Twoje opowiadanie jest na przyzwoitym poziomie.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :)
      Cieszę się, że fabuła jest interesująca.
      Jeśli chodzi o plastyczność świata i wyrazistość postaci- mam nadzieję, że poprawi się to z czasem, chociaż postaram się nad tym popracować w miarę moich możliwości. Zdaję sobie też sprawę z tego, że brakuje mi jednak tej "lekkości" którą zaobserwowałam u Ciebie, ale to też mam nadzieję kwestia wprawy.

      Cieszę się też, że wyłapałeś błędy. Jak się nie patrzy na tekst "na świeżo" to ma się problem z ich zauważeniem. Już poprawiłam.
      Akapity to faktycznie dobry pomysł, ale tym zajmę się trochę później :)
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Oczywiście, czas gra tutaj kluczową rolę. Z posługiwaniem się jezykiem literackim jest tak jak z nauką języka obcego - początkowo dukasz, starając się wydobyć jedynie najistotniejszą dla odbiorcy treść, ale z czasem, w miarę praktyki, treść zaczyna obrastać w coraz ciekawszą formę, tworząc Twój własny, jedyny w swoim rodzaju styl...

      Usuń