Bar pełen był brudnych i głośnych ludzi a miejscami dało się nawet dojrzeć kilku nie-ludzi grających mało uczciwie w pokera. Dym papierosowy drażnił węch i skutecznie zasłaniał drogę prowadzącą w kierunku lady. Ostatecznie udało mi się dopaść barmana i poprosić o kieliszek sztucznej. Paranoja- niby sektor mam na wyłączność, a nie stać mnie na nic porządnego.
-Ja mawial' pani by nie przechodziła tu wiecej. Przez was tylko buchdy. Luci'e się stawiają i przychodzić tu przestaną. Nawet te o!...te dzikusy borowe was nie chca!- rzekł łamanym ‘naszym’ stary kretyn po drugiej stronie barykady, nalewając do kieliszka zamówionego przeze mnie syfu za 3 mertele. Jeszcze trochę tak sprawy się potoczą, a trzeba będzie nagiąć prawo.-Kto się burzy? Panie Berak, nikt się nie burzy. Daj mi panie ten kieliszek, szybko się dożywię i już mnie nie ma. Z resztą- radzę swoich braci jednak przyzwyczajać do mojej osoby, bo będą mieli ciężko.
Wychyliłam szybko zawartość popękanego szkła, owinęłam się szczelniej płaszczem, by nie dopadły mnie resztki zachodzącego słońca i skierowałam szybko swe kroki w kierunku Azylu. Był ledwie wczesny wieczór, a już byłam w psychicznej rozsypce. Głupi i podli.
Wychodząc z Lewiatana potknęłam się o leżące w błocie pod drzwiami zwłoki zwrócone twarzą do ziemi. Z odrazą przewróciłam je nogą na plecy tylko po to by ujrzeć kto kolejny postanowił cichcem opuścić mój sektor bez wcześniejszego zgłoszenia się do mnie z takim zamiarem. Nadchodzącą śmierć można bowiem przewidzieć, a jeśli ktoś nie zgłasza podejrzenia zamiaru i tym samym zachowuje wszystkie swoje dobra na zmarnotrawienie to zadaje mi cios prosto w moje łagodne serce. Powinnam wzorować się na innych, powinnam…
Zwłoki należały do dość grubego i brodatego opijusa. Dalszej identyfikacji zaniechałam ze względu na mieszaninę rzygowin i ziemi na trupiej twarzy. Zdecydowałam wezwać barmana żeby zaprowadził porządek przed swoim przybytkiem.
Omijając już z niemałą zwinnością tych, którym jakiejkolwiek zwinności brakowało, podeszłam do baru i machnęłam ręką na starca. Widział mnie, ale nie podszedł. Widać rozmowa, którą prowadził z cycatą kelnerką i dwoma szemranymi typami była ważniejsza niż wezwanie nowego podwładcy. Moja wrodzona cierpliwość i siła woli a nawet wyrozumiałość pozwoliły mi jednak na wyciszenie krzyczącej chęci urwania głowy bardzo lekkomyślnemu właścicielowi knajpy. Usiadłam na zwykłym miejscu z widokiem na beczki piwa. Po 15 min cichej obserwacji spelunki podbiegła do mnie zdyszana młoda dziewczyna z niemałym przerażeniem w oczach. Przynajmniej ta wie gdzie jej miejsce, to rzadki dar.
- Po-podać coś…szanowna pani?!
- Zawołaj do mnie pana Beraka. Przekaż mu, że dłużej nie mam zamiaru w swojej wspaniałomyślności na niego czekać.
- Tak, oczywiście. Już biegnę.
Widziałam jak podbiegła do barmana i jak obydwoje skierowali swoje spojrzenia w moim kierunki podczas krótkiej acz, jak zauważyłam, żarliwej wymiany zdań. Berak zmarszczył jedynie brwi. Dziewczyna podbiegła do mnie ponownie kłaniając się już od połowy drogi:
- Ja bardzo szanowną panią przepraszam…tłumaczyłam…tłumaczyłam, ale ojciec nie chciał już z szanowną panią rozmawiać. Kazał przekazać, że…że ma pani wracać do Azylu i się w aglomeracji porządnym mieszkańcom na oczy nie pokazywać. Ja bardzo szanowną panią…
- Idź już- przerwałam jej. Niegrzecznie, ale już nie mogłam tego słuchać. Tego przepraszania jednych za głupotę drugich. Rzuciłam jedynie gniewne pożegnalne spojrzenie na koniec sali i po raz ostatni wyszłam z Lewiatana, do którego zaglądałam każdego nudnego wieczora przez ostatnie trzy miesiące. Słońce zaszło już całkowicie, jednak tym, którzy nie byli w stanie o tej porze zobaczyć już smutnej aury okolicy, dane było wsłuchać się w jesienny wiatr tnący w twarz zimnym deszczem.
Opuszczając bar zamierzałam zostawić pod nim zwłoki, żeby zgniły i podkreślały aromatem naturę tego miejsca. Gdy jednak po wyjściu na zewnątrz zaczęłam szukać wzrokiem napuchniętego truchła odkryłam, że błoto pod drzwiami Lewiatana wygląda jak gdyby nigdy nic się w nim nie wyłożyło. Ślady wyrównał deszcz, ale gdzie obdartus? Gdy uniosłam po chwili zamyślenia głowę w odruchu samozachowawczym musiałam aż dać krok w tył. W odległości trzech kroków ode mnie stał ten sam człowiek, którego uważałam za trupa. Stał tyłem, ale widać było, że wyciera twarz z tego, czego ja brzydziłam się tknąć. Obeszłam go łukiem tak, żeby zobaczyć jego twarz.
-Kto tu jest? Kim jesteś?- zaczął wypytywać z niepewnością w głosie gdy zobaczył, że pojawiam się przed nim. Pytania te wypowiedziane charakterystycznym wysokim głosem oraz wyłaniające się powoli zza czarnej maski rysy twarzy, pozwoliły mi poznać osobistość, którą uznałam za martwego pijaka.
- Mendelew?! Co ty robisz poza Azylem? I to o tej porze?
- Ach, to pani! Już się przestraszyłem, że jakiś kolejny bandzior chce mnie okraść. Ale dobrze panią widzieć, dobrze. Musimy dwa słóweczka zamienić.- jeszcze w trakcie ostatnich słów zatrząsł się z zimna i potarł ramiona dłońmi- ale nie tutaj, bo chłodno się zrobiło.
- A czemu nie w karczmie?- uśmiechnęłam się krzywo.
- I to opowiem, ale w drodze do centrumu. Chodźmy.
Ten typ fantasy zwykle nie był moim ulubionym, ale Ty mnie zaciekawiłaś. W sumie nie mam żadnych uwag. Lecę dalej :D
OdpowiedzUsuńPierwszy rozdział zazwyczaj o niczym nie świadczy. Ale cieszę się, że zaciekawił :)
OdpowiedzUsuńNo, pierwszy rozdział póki co niewiele mi powiedział, ale mam chęć poczytać dalej.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.