poniedziałek, 19 sierpnia 2013

II cz.3

Szczelnie okryty płaszczem przedzierałem się przez tłum ludzi, których aktywność osiągała szczyt o tej porze. Pomimo braku wprawy w ulicznych manewrach, wrodzona zwinność i siła umożliwiły mi utrzymanie przyzwoitego tempa marszu. Nie można tego było powiedzieć o Joriku, który zniknął z zasięgu mojego wzroku w trakcie drogi do aresztu.
Postanowiłem poczekać na niego w cieniu fontanny, znajdującej się na jednym z licznych w mieście rynków. Fontanna ta, stanowiąca obraz niewyobrażalnej tandety, otoczona jest zwykle przez małe stoiska podróżnych kupców. Ich brudne łachmany i zmęczone twarze stanowią kontrast dla śnieżnobiałej kobiety w złotej zbroi, siedzącej na grzbiecie wielkiego niedźwiedzia północnego. Na domiar złego źródłem wody w fontannie jest otwór w pysku tego majestatycznego w innych warunkach zwierzęcia oraz tarcza i miecz wojowniczki. Wyczucie estetyki każe mi zawsze odwracać wzrok w pobliżu tego elementu wątpliwego wystroju i podsuwa ponadto szczere chęci by wtrącić autora tego paskudztwa do najbardziej obskurnej celi w lochu miejskim. Niestety nawet silna pozycja, nie powoduje tego, że jest w mojej mocy kierowanie do celi obywateli winnych jedynie braku dobrego smaku.
Tym razem jednak nie tylko spojrzałem na tę pożałowania godną figurę, ale i usiadłem na marmurowym murku, otaczającym wodę, gromadzącą się przy zdobionym cokole pomnika. Owinięty płaszczem z kapturem i z twarzą okrytą szerokim szalem, nie wyróżniałem się zbytnio spośród pojawiających się gdzieniegdzie postaci w takim samym stroju. Zdarza się, że i klasa A ma o tej porze powód by pojawiać się na ulicach, a unowocześniona struktura miasta, choć w pewnym stopniu skuteczna, nie zapewnia całkowitej ochrony. Toteż wielu mieszkańców dysponuje w swojej garderobie strojem, który być może nie uzewnętrznia indywidualizmu właściciela, ale jest nad wyraz praktyczny. Zapewnia też pewną anonimowość, co czasami okazuje się być wygodne. Zanim usiadłem pod fontanną by wypatrywać Jorika, musiałem przejść pomiędzy dwoma młodymi kupcami, których uwaga ani na chwilę nie została rozproszona moją obecnością. Obydwaj obsługiwali jeden stragan, wokół którego zebrało się wielu zainteresowanych. Księgi, amulety, obrazy, talizmany, kadzidła- wszystko to przechodziło z rąk do rąk, podczas gdy w tle dało się słyszeć pobrzękiwanie miedzianych i złotych monet oraz pełne zaangażowania wywody sprzedawców na temat zastosowania i historii towarów. Ja za to spokojnie mogłem poobserwować przechodniów w przekonaniu, że nikt nie rozproszy mojej uwagi.

czwartek, 8 sierpnia 2013

II cz.2

Po raz drugi i możliwe, że nie ostatni dziś, usłyszałem pukanie do drzwi. To na pewno Marcel z asystentem. Naprawdę dałbym wiele za to, żeby nie musieć przeprowadzać tej rozmowy. Odkąd przyszedłem godzinę temu do gabinetu nie zrobiłem niczego, poza zabraniem sprzed wejścia sterty nowych raportów, donosów i zgłoszeń, wsuniętych przez służbę szparą pomiędzy drzwiami a podłogą. Trafiły do drewnianej skrzynki na biurku ze sprawami do załatwienia… w najbliższej przyszłości. Rozsiadłem się następnie wygodnie na miękkim fotelu i zająłem wnikliwą degustacją zawartości przemyconej przeze mnie butelki. Tuż przed chwilą, w której obowiązki dały o sobie znać, bezmyślnie przyglądałem się ściankom kieliszka, które okrywały się jednolicie szkarłatem, gdy tylko poruszałem dłonią. Wspaniałe beztroskie chwile.
- Wejść.- powiedziałem w końcu od niechcenia. Jak się okazało głosem, którego człowiek stojący w przedpokoju nie usłyszy. Marcel jednak po dłuższej chwili pociągnął za klamkę. Weszli do gabinetu obydwaj, widać zniecierpliwieni brakiem odzewu.
- Usiądźcie.- wskazałem im krzesła po drugiej stronie biurka. Odsunąłem kieliszek na bok. Jorik zlustrował go z niesmakiem.
Marcel bez słowa przesunął w moim kierunku plik dokumentów. Wziąłem je do ręki i zacząłem przeglądać ich zawartość.
„Hubert Gordon Stański, lat: 32, miejsce urodzenia: nieznane, miejsce zamieszkania: Miasto Słońca…”- czytałem. Pierwsza strona całkowicie wypełniona była zbędnymi danymi. Wiodłem wzrokiem po niekształtnych literach by jak najszybciej trafić na konkretne informacje. Na odwrocie kartki w końcu zauważyłem to czego potrzebowałem.
„Ciało do Punktu Głównego zgłosiła starsza kobieta, lat ok. 75, zamieszkała w osadzie poza murami. Oświadczyła, że widziała upadającego mężczyznę na skrzyżowaniu ulicy Handlowej i Portowej. Spytana o szczegóły dodała, że ów mężczyzna w chwili upadku trzymał dłonie zaciśnięte na klatce piersiowej. Zaraz po tym wydarzeniu z budynku, naprzeciw którego wspomniany mężczyzna upadł, wybiegła młoda kobieta i zaciągnęła ciało do kamienicy. Z zeznań donoszącej wynikało, że była to przedstawicielka klasy A, Rajola, właścicielka sklepu z medykamentami i odczynnikami alchemicznymi na ulicy Handlowej.
We wskazane miejsce wysłano grupę, zajmującą się transportem zwłok do Punktu Głównego. Na miejscu kupiec Rajola nie chciała oddać ciała. Zgodnie z prawem tragarze wezwali służby porządkowe, które odprowadziły ją do aresztu.
Zwłoki mężczyzny dostarczono w 20min od momentu domniemanego zgonu. Szybkie rozpoznanie dokonane przez biegłych medyków na podstawie oględzin ciała oraz zeznań donoszącej, pozwoliło stwierdzić zgon. Za przyczynę uznano niedomaganie serca.”

środa, 7 sierpnia 2013

Muzycznie

Na początku celem powstania tego bloga było tylko i wyłącznie stworzenie miejsca w internecie, w którym mogłabym w miarę godny sposób umieszczać fragmenty opowiadania/powieści (nie wiem jeszcze co z tego wyjdzie), które mozolnie się tworzą.
Jednak dzięki takiemu udogodnieniu jak etykiety uznałam, że mogę trochę pośmiecić i wrzucić na niego czasem coś spoza tematu o ile uznam, że warto to co znalazłam zachować ku pamięci.
Z tego też powodu umieszczam na blogu teledysk do The Witch oldschoolowego zespołu Rosetta Stone. Wzięło mnie na muzykę lat 80-tych. Jak do tej pory wydawało mi się, że wszystko co wtedy powstawało nie nadaje się do oglądania i słuchania. Moje spojrzenie na oś czasu zostało odrobinę zachwiane, więc jest i oto- post w ogóle niezwiązany z Nowym Światem. (mogą powstać też kolejne niestety)


czwartek, 25 lipca 2013

II cz.1

Stolica Nowego Świata to prawdopodobnie najpiękniejsze miasto jakie do tej pory powstało na Ziemi. Ogromny teren, otoczony wysokimi murami obronnymi, widziany oczami mieszkańca chmur, mógłby jawić się niczym fragment nieba, który upadłszy na ziemię, rozciągnął się aż po horyzont a teraz wzrastał, pragnąc powrócić na swoje miejsce. Wysokie wieże budynków państwowych i pałacu wyznaczają centrum- Światło Nowego Świata. Wzniesiono je z białego marmuru gładkiego jak wypolerowana tafla lodu. Dachy pokrywają złocone lustra. Odbijane od nich intensywne promienie słoneczne oznajmiają podróżnym, znajdującym się o kilka dni drogi od stolicy, że zmierzają we właściwym kierunku. Dla chłopów jest to
z kolei symbol czasów, w których świat, kierowany sztuczną światłością, obrał drogę prowadzącą do upadku. Przepełniona blaskiem stolica jest dla nich przejawem pychy i agresji nowych przybyszów, skierowanej przeciwko dzieciom bożym, jak zwykli nazywać siebie. Nawet jednak chłopi nie mogą oderwać wzroku od drugiego słońca, jaśniejącego na widnokręgu.Odbite światło pochodzi nie tylko z centrum, co jest niedostrzegalne dla obserwatora z dalekich sektorów. Zwykli obywatele miasta również zamieszkują bielone kamienice o dachach z lustrzanych płyt, reagujących na położenie słońca. Okiennice tych budowli oraz mury także wyposażono w zwierciadlane powierzchnie. Już po drugim spojrzeniu na wspaniałą architekturę miasta, zna się prawdziwy cel powstania tych konstrukcji. Niebiańskie Miasto Słońca zostało zaprojektowane z myślą o swoich mieszkańcach, wywodzących się przede wszystkim z klasy A. Odbijane promienie szkodliwego dla nich światła prawie nie docierają do części mieszkalnej. Na zdobionych bielą i złotem ulicach panuje więc ciągły półmrok, który umożliwia mieszczanom, należącym do nowej rasy, funkcjonowanie o dowolnej porze. Cała jasność emitowana na zewnątrz natomiast nadaje otoczeniu stolicy blasku, wzbudzając w przejezdnych zachwyt oraz chwile zadumy nad prawdziwością teorii głoszonych przez prostych ludzi.
 z „Historii cywilizowanego świata” I. Schuberta

czwartek, 18 lipca 2013

I cz.2

Błotnista pokrywa nieutwardzanej drogi, tak charakterystycznej dla naszych czasów, nie pozwalała na swobodny spacer ani mnie, ani tym bardziej otyłemu kompanowi, dla którego zakres widoczności mieścił się zaraz za powiekami. Tej nocy bardzo brakowało księżyca.
Maszerowaliśmy tak bez słowa, dopóki dźwięki pijackiej zabawy, dochodzące z Lewiatana, nie ucichły zupełnie. Nagle zrobiło się całkiem przyjemnie. Poczułam, że wszystkie zmartwienia zostały za mną a ze mną jest tylko wilgotny jesienny wiatr o nucie nocy, który chłodził twarz i oczyszczał umysł przy każdym wdechu. To działało lepiej niż narkotyk. Lepiej niż prawdziwa ludzka krew.
Poza tym ta aura. Wokół rozciągające się po horyzont pola i noc, a w tle... postękiwania Mendelewa. Nagle zostałam wyrwana z błogostanu. Spacer z drugą osobą, a tym bardziej z przedstawicielem klasy B, nie jest tym co można potraktować jako rozrywkę. Ta reguła sprawdza się zawsze.
Mendelew nagle się zatrzymał. Oparłszy dłonie na udach głośno próbował zaczerpnąć oddech.
- Zatrzymajmy się…na chwilę- wysapał.
Wyglądał źle. Moja wina- szłam za szybko, a on za dużo pił i za dużo jadł.
- O czym chciałeś mi powiedzieć?

I cz.1

Bar pełen był brudnych i głośnych ludzi a miejscami dało się nawet dojrzeć kilku nie-ludzi grających mało uczciwie w pokera. Dym papierosowy drażnił węch i skutecznie zasłaniał drogę prowadzącą w kierunku lady. Ostatecznie udało mi się dopaść barmana i poprosić o kieliszek sztucznej. Paranoja- niby sektor mam na wyłączność, a nie stać mnie na nic porządnego. 
-Ja mawial' pani by nie przechodziła tu wiecej. Przez was tylko buchdy. Luci'e się stawiają i przychodzić tu przestaną. Nawet te o!...te dzikusy borowe was nie chca!- rzekł łamanym ‘naszym’ stary kretyn po drugiej stronie barykady, nalewając do kieliszka zamówionego przeze mnie syfu za 3 mertele. Jeszcze trochę tak sprawy się potoczą, a trzeba będzie nagiąć prawo.
-Kto się burzy? Panie Berak, nikt się nie burzy. Daj mi panie ten kieliszek, szybko się dożywię i już mnie nie ma. Z resztą- radzę swoich braci jednak przyzwyczajać do mojej osoby, bo będą mieli ciężko.
Wychyliłam szybko zawartość popękanego szkła, owinęłam się szczelniej płaszczem, by nie dopadły mnie resztki zachodzącego słońca i skierowałam szybko swe kroki w kierunku Azylu. Był ledwie wczesny wieczór, a już byłam w psychicznej rozsypce. Głupi i podli.
Wychodząc z Lewiatana potknęłam się o leżące w błocie pod drzwiami zwłoki zwrócone twarzą do ziemi. Z odrazą przewróciłam je nogą na plecy tylko po to by ujrzeć kto kolejny postanowił cichcem opuścić mój sektor bez wcześniejszego zgłoszenia się do mnie z takim zamiarem. Nadchodzącą śmierć można bowiem przewidzieć, a jeśli ktoś nie zgłasza podejrzenia zamiaru i tym samym zachowuje wszystkie swoje dobra na zmarnotrawienie to zadaje mi cios prosto w moje łagodne serce. Powinnam wzorować się na innych, powinnam…
Zwłoki należały do dość grubego i brodatego opijusa. Dalszej identyfikacji zaniechałam ze względu na mieszaninę rzygowin i ziemi na trupiej twarzy. Zdecydowałam wezwać barmana żeby zaprowadził porządek przed swoim przybytkiem.