czwartek, 25 lipca 2013

II cz.1

Stolica Nowego Świata to prawdopodobnie najpiękniejsze miasto jakie do tej pory powstało na Ziemi. Ogromny teren, otoczony wysokimi murami obronnymi, widziany oczami mieszkańca chmur, mógłby jawić się niczym fragment nieba, który upadłszy na ziemię, rozciągnął się aż po horyzont a teraz wzrastał, pragnąc powrócić na swoje miejsce. Wysokie wieże budynków państwowych i pałacu wyznaczają centrum- Światło Nowego Świata. Wzniesiono je z białego marmuru gładkiego jak wypolerowana tafla lodu. Dachy pokrywają złocone lustra. Odbijane od nich intensywne promienie słoneczne oznajmiają podróżnym, znajdującym się o kilka dni drogi od stolicy, że zmierzają we właściwym kierunku. Dla chłopów jest to
z kolei symbol czasów, w których świat, kierowany sztuczną światłością, obrał drogę prowadzącą do upadku. Przepełniona blaskiem stolica jest dla nich przejawem pychy i agresji nowych przybyszów, skierowanej przeciwko dzieciom bożym, jak zwykli nazywać siebie. Nawet jednak chłopi nie mogą oderwać wzroku od drugiego słońca, jaśniejącego na widnokręgu.Odbite światło pochodzi nie tylko z centrum, co jest niedostrzegalne dla obserwatora z dalekich sektorów. Zwykli obywatele miasta również zamieszkują bielone kamienice o dachach z lustrzanych płyt, reagujących na położenie słońca. Okiennice tych budowli oraz mury także wyposażono w zwierciadlane powierzchnie. Już po drugim spojrzeniu na wspaniałą architekturę miasta, zna się prawdziwy cel powstania tych konstrukcji. Niebiańskie Miasto Słońca zostało zaprojektowane z myślą o swoich mieszkańcach, wywodzących się przede wszystkim z klasy A. Odbijane promienie szkodliwego dla nich światła prawie nie docierają do części mieszkalnej. Na zdobionych bielą i złotem ulicach panuje więc ciągły półmrok, który umożliwia mieszczanom, należącym do nowej rasy, funkcjonowanie o dowolnej porze. Cała jasność emitowana na zewnątrz natomiast nadaje otoczeniu stolicy blasku, wzbudzając w przejezdnych zachwyt oraz chwile zadumy nad prawdziwością teorii głoszonych przez prostych ludzi.
 z „Historii cywilizowanego świata” I. Schuberta

czwartek, 18 lipca 2013

I cz.2

Błotnista pokrywa nieutwardzanej drogi, tak charakterystycznej dla naszych czasów, nie pozwalała na swobodny spacer ani mnie, ani tym bardziej otyłemu kompanowi, dla którego zakres widoczności mieścił się zaraz za powiekami. Tej nocy bardzo brakowało księżyca.
Maszerowaliśmy tak bez słowa, dopóki dźwięki pijackiej zabawy, dochodzące z Lewiatana, nie ucichły zupełnie. Nagle zrobiło się całkiem przyjemnie. Poczułam, że wszystkie zmartwienia zostały za mną a ze mną jest tylko wilgotny jesienny wiatr o nucie nocy, który chłodził twarz i oczyszczał umysł przy każdym wdechu. To działało lepiej niż narkotyk. Lepiej niż prawdziwa ludzka krew.
Poza tym ta aura. Wokół rozciągające się po horyzont pola i noc, a w tle... postękiwania Mendelewa. Nagle zostałam wyrwana z błogostanu. Spacer z drugą osobą, a tym bardziej z przedstawicielem klasy B, nie jest tym co można potraktować jako rozrywkę. Ta reguła sprawdza się zawsze.
Mendelew nagle się zatrzymał. Oparłszy dłonie na udach głośno próbował zaczerpnąć oddech.
- Zatrzymajmy się…na chwilę- wysapał.
Wyglądał źle. Moja wina- szłam za szybko, a on za dużo pił i za dużo jadł.
- O czym chciałeś mi powiedzieć?

I cz.1

Bar pełen był brudnych i głośnych ludzi a miejscami dało się nawet dojrzeć kilku nie-ludzi grających mało uczciwie w pokera. Dym papierosowy drażnił węch i skutecznie zasłaniał drogę prowadzącą w kierunku lady. Ostatecznie udało mi się dopaść barmana i poprosić o kieliszek sztucznej. Paranoja- niby sektor mam na wyłączność, a nie stać mnie na nic porządnego. 
-Ja mawial' pani by nie przechodziła tu wiecej. Przez was tylko buchdy. Luci'e się stawiają i przychodzić tu przestaną. Nawet te o!...te dzikusy borowe was nie chca!- rzekł łamanym ‘naszym’ stary kretyn po drugiej stronie barykady, nalewając do kieliszka zamówionego przeze mnie syfu za 3 mertele. Jeszcze trochę tak sprawy się potoczą, a trzeba będzie nagiąć prawo.
-Kto się burzy? Panie Berak, nikt się nie burzy. Daj mi panie ten kieliszek, szybko się dożywię i już mnie nie ma. Z resztą- radzę swoich braci jednak przyzwyczajać do mojej osoby, bo będą mieli ciężko.
Wychyliłam szybko zawartość popękanego szkła, owinęłam się szczelniej płaszczem, by nie dopadły mnie resztki zachodzącego słońca i skierowałam szybko swe kroki w kierunku Azylu. Był ledwie wczesny wieczór, a już byłam w psychicznej rozsypce. Głupi i podli.
Wychodząc z Lewiatana potknęłam się o leżące w błocie pod drzwiami zwłoki zwrócone twarzą do ziemi. Z odrazą przewróciłam je nogą na plecy tylko po to by ujrzeć kto kolejny postanowił cichcem opuścić mój sektor bez wcześniejszego zgłoszenia się do mnie z takim zamiarem. Nadchodzącą śmierć można bowiem przewidzieć, a jeśli ktoś nie zgłasza podejrzenia zamiaru i tym samym zachowuje wszystkie swoje dobra na zmarnotrawienie to zadaje mi cios prosto w moje łagodne serce. Powinnam wzorować się na innych, powinnam…
Zwłoki należały do dość grubego i brodatego opijusa. Dalszej identyfikacji zaniechałam ze względu na mieszaninę rzygowin i ziemi na trupiej twarzy. Zdecydowałam wezwać barmana żeby zaprowadził porządek przed swoim przybytkiem.